sobota, 16 maja 2015

Sędziwa Włoszka w Wiedniu

Anna Bonitatibus
Spokojnie, bez obaw. Mowa będzie, rzecz jasna, o arcydziele Rossiniego "Włoszka w Algierze" na przesławnej scenie Opery Wiedeńskiej, ale teatr takiej wpadki nie zanotował, żeby w roli promiennej i temperamentnej Isabelli zatrudnić diwę w wieku bardzo emerytalnym. Choć...przyznam, że jeszcze jakiś czas temu dziwiłem się dyrekcji i solistce, że obie strony stać mentalnie na dalsze angażowanie Agnes Baltsy do tej roli. Sam, co się w Wiedniu pojawiłem, to trafiałem na tę skądinąd zasłużoną artystkę, która chyba postanowiła się zestarzeć wraz z przedstawieniem podpisany przez nieodżałowanego Jean Pierre Ponnelle'a.
Ale, jak się okazuje, diwy przemijają, a związek Rossiniowskiej "Włoszki" z Ponnelle'm trwa w najlepsze. Bo oto, po raz kolejny, wznowione zostało to przedstawienie - eksploatowane w Wiedniu niezmiennie od blisko trzydziestu lat!
Nie powiem, że dojrzewa ono jak wino i jest coraz lepsze, ale i nie wywołuje dyskomfortu. Oczywiście, trąci myszką, oglądamy je trochę jak album fotografii w sepii, ale urok tych zwiewnych muślinowych zasłon, tego ciepłego rozproszonego światła otulającego scenę na której oglądamy świat adekwatny z librettem 1:1 okazuje się doprawdy nie do przecenienia.
Bardzo lubię gdy Rossini jest wystawiany i dyrygowany bez ekscesów i nadmiernej manifestacji indywidualizmu odtwórców. Świat Rossiniego jest już immanentnie szalony, abstrakcyjny i jakby uwolniony z praw grawitacji więc nie trzeba dokładać mu energii i ekscesów. Wystarczy go spokojnie przywołać w dźwiękach i stylowych obrazach. Zwłaszcza, że to chyba nasza epoka była w stanie docenić geniusz twórcy "Cyrulika" - jemu współcześni uznawali abstrakcyjne i antypsychologiczne postaci jego oper za wadę. My, z całym bagażem surrealizmu i absurdu spod znaku Monty Pythona, możemy w pełni docenić jak innowacyjnym człowiekiem teatru był Rossini ze swoimi operami buffa pełnymi "zorganizowanego szaleństwa".
Na zapis filmowy jednego z tegorocznych przedstawień "Włoszki" w Wiener Staatsoper nie zwróciłbym pewnie najmniejszej uwagi gdyby nie śpiewaczka, którą zaproszono do tej serii. Anna Bonitatibus należy do moich ulubionych artystek. Ta wspaniała śpiewaczka rozwija swoja karierę bardzo spokojnie, z dala od mediów i przemysłu fonograficznego. Ma to jednak też dla jej admiratorów gorsze strony: skromy zestaw rejestracji audiowizualnych. Rozpoczynała karierę od muzyki baroku i Mozarta, potem pojawiła się jako Rozyna w "Cyruliku sewilskim" Rossiniego (istnieje zapis przedstawienia bodaj z Parmy), spróbowała sił jako Charlotta w "Werterze" Masseneta (perfekcyjny francuski!), a ostatnio wystąpiła w roli do której przygotowywała się od paru lat - Tankreda Rossiniego na scenie Opery w Lozannie.
Dominującą cechą sztuki Anny Bonitatibus jest ogromna muzykalność i perfekcyjne frazowanie. To kluczowe aspekty gdyż dla mnie wybitny śpiewak to nie ten, który epatuje nieziemskim głosem lecz jest nade wszystko wielkim muzykiem. Choć, oczywiście, piękno głosu w niczym nie przeszkadza.
Isabella w ujęciu Bonitatibus jest przede wszystkim pełną temperamentu, humoru i elegancji młodą kobietą. Nie znajdziemy tu siły wokalnego rażenia Ewy Podleś (ostatni raz podziwiałem jej Włoszkę podczas koncertowego wykonania w Gdańsku wiele lat temu),  fajerwerków Marilyn Horne czy hipnotyzującego uroku Lucii Valentini-Terrani. Bonitatibus jest bliższa dyscyplinie muzycznej i lekkości Teresy Berganzy - obie zresztą posiadają ten sam mozartowski rodowód. Z całą pewnością niewiele jest obecnie śpiewaczek, które tak kompetentnie wykonują bel canto jak Bonitatibus.


  Reszta obsady jej dorównuje. Wyborna jest Aida Garifullina w roli poniewieranej przez Mustafę (Ildar Abdrazakov) Elwiry zaś prawdziwym odkryciem dla mnie okazał się młody Alessio Arduini w niedużej roli Haly'ego, ale ten skromny materiał wystarczył, żeby docenić jego kunszt wokalny. Brawo.
Tenor Lindoro miał tym razem w Wiedniu pecha, choć nie do końca. Zapowiadanego początkowo Juana Diego Floreza miał zastąpić Javier Camarena. Ostatecznie wylądował w Wiedniu Edgardo Rocha. Mimo pewnych niedociągnięć w wysokim rejestrze reszta była bez zarzutu: frazowanie, emisja i transparentność belcantowego zdobnictwa.
Jesus Lopez Cobos wie o tym repertuarze bardzo dużo i pewnie byłby to Rossini oddychający pełną piersią gdyby nie...orkiestra. Nie wiem co się dzieje z tym zespołem, ale to kolejny raz gdy z kanału orkiestrowego dobiega bardziej brzmienie zmęczonej rutyny niż operowego Olimpu za który Wiener Staatsoper zapewne się uważa.

poniedziałek, 4 maja 2015

Don Rolando


 ROLANDO VILLAZON - nieco zapomniany przez teatry, agentów i publiczność niegdysiejszy "tenore assoluto" - był najważniejszym powodem dla którego wybrałem się w minioną niedzielę na szeregowe przedstawienie "Don Carlosa" w Deutsche Oper Berlin. Bardzo byłem ciekaw co słychać, a raczej jak słychać u śpiewaka, który parę sezonów wstecz był noszony na rękach przez dyrygentów,  recenzentów i operowych menagerów. Był kimś kim teraz jest Jonas Kaufmann: najbardziej podziwianym i rozchwytywanym tenorem świata. I jak w przypadku swego niemieckiego kolegi - nazywany "następcą Placido Domingo".
Jakiś czas temu sympatyczny Meksykanin w jednym z wywiadów dawał do zrozumienia, że prawdziwych przyjaciół poznał w biedzie. A w tym kontekście zarządy np. paryskich instytucji muzycznych z pewnością na przyjaciół Rolanda nie wyszły. Francja, gdzie Villazon mieszka na stałe, gdzie w recenzjach z rozkoszą powtarzane było zdanie  "Le ténor français d'origine mexicaine" , odegrała kluczowe znaczenie w rozwoju kariery tenora. To tam płynęły piękne recenzje, zaproszenia radiowe i telewizyjne, pierwsze nagrania...Ale gdy głos i kariera Villazona się załamały - Opera Paryska szybko wykreśliła jakiekolwiek plany związane z niedawnym ulubieńcem. W tym wywiadzie śpiewak powiedział o tym wprost nie kryjąc goryczy.
Po raz pierwszy usłyszałem go wiele lat temu, gdy nie był słynnym Rolando Villazonem, a tylko jednym z wielu nazwisk przewijających się przez obsady europejskich teatrów. Jako Nemorino zachwycił płynnością śpiewu i barwą delikatnego lirycznego głosu. Potem było ciut mocniej - Alfredo w "Traviacie". Minęły dwa sezonu i  ze zdumieniem obserwowałem jak kolejni dyrygenci, dyrektorzy teatrów i recenzenci zachęcają śpiewaka do coraz bardziej ryzykownych wyzwań. Zastanowił mnie, nie po raz pierwszy i ostatni, profesjonalny poziom obecnej krytyki muzyczno-operowej. Przecież krytycy powinni pisać recenzje także dla śpiewaków. Ich analizy powinny pobudzić uwagę artysty - czy ta rola jest dla mnie odpowiednia? Czy jest to dobry kierunek dla mojego rozwoju artystycznego?


Villazon brnął w coraz silniejsze śpiewanie - Don Carlo, Don Jose...Jeden z francuskich krytyków, uwaga, zaczął porównywać Rolanda do Vickersa i była to wyrazna zachęta: Tenorze, podążąj tą drogą! Katastrofa wisiała na włosku. Villazon zaczął zrywać kolejne kontrakty, znikał na większą część sezonu, wspólne występy z Anną Netrebko przeszły do historii. Załamanie nerwowe i wielomiesięczna depresja były tajemnicą poliszynela.
Potem Villazon wrócił. Zrezygnował z cięższych ról. Wrócił do Mozarta i bel canto. Bywało różnie, ale dla głosu z pewnością higieniczniej. Nie jestem pewien, ale ta seria występów w berlińskim Don Carlosie jest chyba pierwszą cięższą próbą jaką Villazon podejmuje po dłuższej przerwie. Podobno na wcześniejszych spektaklach dostał od publiczności trochę buczenia.3 maja nic takiego się nie wydarzyło. Artysta otrzymał dużą i zasłużoną owację. Chyba nigdy nie miałem tak wyraźnego wrażenia, że, istotnie, głos Villazona przypomina Dominga. Ale o ile kiedyś wydawało mi się to śmieszne i na wyrost - teraz ma to swoje umocowanie. I co ważniejsze nie jest to kopiowanie maniery, ale mimowolna bliskość barwy i rodzaju ekspresji. Pod względem interpretacji można tego Carlosa uznać za interesującego, choć niekompletnego. Ale w ukazaniu swego bohatera jako mężczyzny wrażliwego, pogubionego i neurotycznego Villazon jest bardzo przekonujący.
Drugim bohaterem wieczoru, być może nawet największą gwiazdą spektaklu, był młody kanadyjski baryton Etienne Dupuis w roli Markiza Pozy - oddanego przyjaciela i opiekuna Carlosa, który darzy go, być może, uczuciem głębszym i silniejszym niż tylko przyjacielskie. Kanadyjczyka słyszałem już kilka razy, ale dopiero teraz dotarła do mnie siła jego talentu. Swego bohatera ubrał w piękne brzmienia swego aksamitnego i elastycznego głosu, a sugestywna interpretacja wokalna i sceniczna powodują, że trzeba go uznać za jednego z najlepszych obecnie wykonawców tej partii.


Giacomo Prestia był  kompetentnym Filipem.
Niestety, kompetencji nie sposób przyznać damskiej części obsady. Nasamprzód odprawmy z niechęcią Annę Smirnową - wokalnie masakrującą namiętności, poczucie winy i rozterki księżniczki Eboli. A wszystko za sprawą potężnie, ale wulgarnie brzmiącego głosu bez zróżnicowanej  dynamiki i choćby cienia nadziei na niuanse poza forte i fortissimo. Nawet jeśli wyszyły spod pióra tego samego kompozytora to jednak trudno uznać Elżbietę za jakiś wariant Lady Makbet.
Nieco lepiej wypadła, zastępująca Anję Harteros, Kristin Lewis, która wprawdzie miała do zaoferowania trochę pięknych fraz w średnicy, przekonujący i podparty dolny rejestr, ale bardzo niepewną intonację we wszystkim co było choć trochę od rejestru centralnego w górę. Lepiej odebrałem swego czasu jej Aidę w Liege.


Rzadko  można usłyszeć orkiestrę DOB w tak przeciętnej formie co jeszcze bardziej mogło dziwić, że za pulpitem dyrygenta stanął dyrektor muzyczny sceny - Donald Runnicles.
Czteroaktową wersję włoską wyreżyserował Marco Arturo Marelli, który zaplątał protagonistów pomiędzy ogromne przesuwające się raz po raz ściany. Ta organizacja przestrzeni w oparciu o ciasne i przestrzenne plany była pewnie funkcjonalna, ale czy w jakiejś mierze udrożniła odbiór tej obszernej, nie do końca udanej scenariuszowo i statycznej opery Verdiego? Realizatorzy, mimo wszystko, mają tu pole do popisu przede wszystkim jeśli idzie o relacje i psychologię postaci. Czy istotnie miłość Carlosa do Elżbiety jest rzeczywistą namiętnością mężczyzny do kobiety, czy może to tylko zastępcza obsesja? Bo wszakże większy rozmach muzyczny i siłę dramatyczną mają w operze relacje Carlosa i Pozy, a skomplikowany stosunek ojca do syna też jest kopalnią dla reżyserskiej inwencji. W Berlinie realizatorzy, zdaje się, scedowali odpowiedzialność za emocje płynące ze sceny na śpiewaków. A Ci, pozostawieni, radzą sobie najczęściej ze zmiennym szczęściem dla siebie i publiczności.



  





niedziela, 26 kwietnia 2015

Butterfly przysiadła nad Odrą



  Nie jestem szczególnie przywiązany do Pucciniego. Jego dzieła nie są dla mnie "kwintesencją opery" jak dla wielu innych entuzjastów gatunku. Ale, co ciekawe, nigdy mi jego twórczość nie wadzi. Potrafią mnie uwieść i wzruszyć Butterfly i Mimi, zelektryzować Tosca, przerazić i poruszyć Turandot...
Tyle, że nie poszukuję tych tytułów w ofercie teatrów operowych, w przepastnych przestrzeniach sieci i na półkach sklepów płytowych. Choć bodaj ostatnie znaczące nagranie "Madamy Butterfly" pokornie nabyłem, a nawet z rozkoszą wysłuchałem gdzie porywającą kreację płytową stworzyła Angela Gheorghiu w towarzystwie Jonasa Kaufmanna.
Na światowych scenach niezrównana pozostaje chińska śpiewaczka Hui He, choć, przyznajmy, nie jest to "czas Butterfly" i nie mamy, choćby na europejskich scenach, wielu znaczących interpretatorek tej pięknej roli. Jeśli mam być szczery to nie kojarzę, poza wspomnianą Chinką i albańską śpiewaczką Ermonelą Jaho, innych nazwisk, choć, oczywiście, pojawiają się na światowych scenach w tej partii mniej lub bardziej znane śpiewaczki.
Do tych mniej znanych z pewnością należy młoda Ilona Krzywicka, która w 2012 roku była uczestniczką  Atelier Lyrique de l’Opéra National de Paris i była finalistką sekcji operowej Konkursu Renaty Tebaldi. Choć kojarzyłem wcześniej nazwisko tej artystki ze stron francuskich portali muzycznych usłyszałem jej śpiew dopiero niedawno - w trakcie jej debiuty w roli Butterfly na scenie Opery na Zamku w Szczecinie, która, mimo sympatycznej nazwy, nie mieści się  w zamkowych wnętrzach (od wielu lat remontowanych) lecz w zastępczej tzw. hali strukturalnej nad brzegiem Odry.


Jestem bardzo wdzięczny szczecińskim przyjaciołom, którzy mnie do tego miasta zaprosili i namówili do odwiedzenia tamtejszej Opery, która, wynosząc z jej strony internetowej, za wiele w gatunku, który reprezentuje nazwa teatru, nie ma do zaoferowania. Jednakże tym razem warto było poświęcić czas. Młoda śpiewaczka okazała się Butterfly niemal perfekcyjną wokalnie i wzruszającą interpretacyjnie. Doprawdy trudno usłyszeć taką mieszankę na scenach bardziej znanych i renomowanych. Krzywicka dysponuje  a u t e n t y cz n y m sopranem lirycznym, dobrze osadzonym i gęstym w brzmieniu o przekonującym "dole" i transparentnej górze skali. By jednak nie było tak idealnie nadmieńmy, że śpiewaczka nie posiada indywidualnego rysu w swoim głosie - jego barwa i timbre są raczej anonimowe i neutralne. To czasem dobrze, bo nie obcujemy tu ze śpiewem narcystycznym lecz podporządkowanym logice, stylowi i ekspresji frazowania. A to było bezbłędne. Przede wszystkim słyszeliśmy Butterfly nieśmiałą, dziewczęcą, świetlistą, a zarazem silną i rozdartą w przejmującym finale.


Myślę, że Ilona Krzywicka powinna zaistnieć w tej roli na innych polskich i zagranicznych scenach.
Miała bardzo dobrego partnera w osobie Pawła Skałuby - Pinkretona namiętnego i żarliwego, brzmieniowo przypominającego Carrerasa. Trzeba też wyróżnić Małgorzatę Kustosik w roli Suzuki.
Orkiestra, którą kiedyś słyszałem w katastrofalnej formie, tym razem, mimo kilku wywrotek w poszczególnych grupach, pod wodzą Vladimira Kiradjieva wywiązała się ze swego zadania całkiem dobrze.
Szczecińska "Butterfly" jest także pierwszą pracą reżyserską w teatrze operowym Pii Partum - absolwentki warszawskiej Akademii Teatralnej, asystentki m.in Jerzego Jarockiego i Mariusza Trelińskiego. Akcję przeniosła do współczesnego Tokio, towarzyszące Cio Cio San gejsze cały czas strzelają fleszami z kieszonkowych aparacików...Wiem, że Japończycy w roli turystów fotografują wszystko i ciągle. Nie sądziłem, że robią to też u siebie :)...
Na obu skrzydłach sceny co jakiś czas lecą projekcje z tętniącej ruchem i światłami tokijskiej autostrady. Owo uwspółcześnienie nie wnosi do interpretacji Pucciniego niczego nowego i interesującego, ale i w niczym utworu nie narusza. W ostatnim akcie reżyserka wprowadziła  alter-ego Butterfly w krótkiej etiudzie baletowej. Przeważnie rażą mnie takie zabiegi, ale tym razem było inaczej - może za sprawą świetnego występu tancerza Jakuba Guta.
Będę od tego wieczoru w Szczecinie śledzić poczynania Ilony Krzywickiej. Zasługuje na ładną karierę międzynarodową.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Katowice, kultura i Tenis

 



  PO RAZ TRZECI odbywał się w Katowicach turniej tenisa kobiecego pod auspicjami WTA. Wreszcie udało mi się dotrzeć na Śląsk i zaobserwować imprezę z widowni.
Katowice jako ośrodek bardzo się starają przeformułować swój mediany wizerunek i zredefiniować funkcje miejskie. To stosunkowo młode miasto nie zaoferuje nam błyskotliwych przestrzeni miejskich, zabytków architektury czy spektakularnego życia nocnego. Przynajmniej tak wynika z mojej perspektywy kilkudniowego turysty. Jednakże zaimponowała mi ilość wyłączonych z ruchu stref pieszych i miejsc wypoczynku w środku miejskiego zgiełku.
Przemysł górniczy, choć w przeciwieństwie do stoczniowego na wybrzeżu, nadal dotowany z publicznych pieniędzy nie daje już Katowicom tak pewnego oparcia. Miasto więc chce być teraz "ogrodem" (nie tylko pod względem układu funkcji, ale i przykładania wagi do obszarów relaksu wśród zieleni) co nawet pokazują niektóre rankingi z których wynika, że śląska stolica jest skąpana w zieleni co jakoś zupełnie nie znajduje potwierdzenia podczas spacerów po tym niedużym mieście. Drugim profilem ma być kultura. Kreowana jest nawet "strefa kultury", która bierze początek w "Spodku" i biegnie przez Centrum Kongresowe, nową siedzibę NOSPR po spektakularnie zaprojektowane i zrealizowane Muzeum Śląskie. Szczególnie orkiestra radiowa zarządzana przez  Joannę Wnuk-Nazarową jest błyskotliwym punktem nie tylko na mapie regionu, ale i całej Polski, a rozmachu i atrakcyjności programowej mogą Katowicom pozazdrościć pozostałe instytucje muzyczne z Filharmonią Narodową na czele. Mam tylko wątpliwość czy takie usytuowanie instytucji kultury w wyłączonej "strefie" jest dobrym i nowoczesnym pomysłem. Gdy koncert się kończy i światła gasną całkowicie uchodzi z okolic NOSPR-u życie - zostajemy na pełnej przeciągu betonowej pustyni. Jestem zwolennikiem, by funkcje miasta się ze sobą zazębiały, by teatr czy filharmonia była wbudowana w tkankę miasta, np. ruchliwego i gwarnego śródmieścia. Tak jest choćby w przypadku niedawno zbudowanej Filharmonii Szczecińskiej, która jest częścią starego kwartału...Kulturalne combo (opera, filharmonia, Muzeum Przełomy i Akademia Sztuki) wykreowało się niejako samoistnie, naturalnie i "przy okazji". W Katowicach powstało najpierw na desce kreślarskiej...
Turniej tenisowy z pewnością sympatycznie się prezentował na ekranie telewizora. Bardzo dobrze się odbierało  mecze w przestronnej i wygodnej sali Spodka. Spotkania odbywały się zazwyczaj punktualnie. Na same emocje sportowe, oczywiście, organizatorzy nie mają większego wpływu, bo te zależą od klasy i dyspozycji zawodniczek. Jednakże z pewnością mogliby mieć większy wpływ na komfort widzów zwłaszcza spoza Katowic. Otoczka usług gastronomicznych prezentuje się doprawdy żałośnie przez co goście turniejowi robili istny najazd na pobliską sieciową pizzerię wyraźnie zdezorientowaną i nie przygotowaną na taką inwazję wygłodniałych fanów tenisa. Muszę przyznać, że bardzo mnie zaskoczyła zgrzebność tej strony katowickiej imprezy, bo niższej rangi męski turniej w Szczecinie oferuje - na terenie pięknie usytuowanych kortów ziemnych - porządną restaurację, bary i przyzwoity sklep spożywczy. Na korytarzach Spodka publiczność nie miała nawet gdzie przysiąść. Może dla kogoś  z Państwa to temat drugorzędny, ale wizerunkowo katowicki turniej WTA z pewnością nie zyskuje. Wręcz przeciwnie: robi wrażenie imprezy tymczasowej, która prędzej czy później zniknie z kalendarza...
A sam tenis? Katowicki Spodek jest w tej chwili jedynym miejscem w Polsce gdzie można obejrzeć czołowe zawodniczki świata w akcji. W Europie najbliższa tego typu impreza, choć wyższej rengi, odbywa się w Stuttgarcie.
Oczywiście największą atrakcją dla polskich kibiców był udział Agnieszki Radwańskiej. Sama zawodniczka i jej fani z pewnością wyjechali z Katowic w poczuciu niedosytu. Obrona punktów za ubiegłoroczny półfinał to  poniżej tego, co można oczekiwać po 9 zawodniczce świata, a jeszcze niedawno światowej "Trójce". Forma Agnieszki w tym sezonie nie imponuje. Czy jest to uboczny produkt odbywających się teraz w grze Polki zmian nadzorowanych przez Martinę Navratilovą, czy też Agnieszka doszła w swoim tenisie do ściany - nie tylko sportowej, ale nade wszystko: mentalnej ? Odpowiedzi się mieszczą w sferze spekulacji. Po błyskotliwym, choć bardzo łatwym, bo przeciwniczka psuła większość piłek, meczu ćwierćfinałowym Radwańska w kompromitującym stylu poległa z 23 letnią Camillą Giorgi, której tenis sprowadza się do dwóch elementów: serwisu i returnu. Ale właśnie w tych dwóch aspektach Agnieszka coraz wyraźniej odstaje od ścisłej światowej czołówki. Jednakże przypadek Giorgi pokazuje jeszcze jedną i bardzo dla Polki niekorzystną tendencję. Jeszcze do niedawna z takimi przeciwniczkami jak wspomniana Włoszka  Radwańska wygrywała bez większy problemów. Bo niespójnej ofensywie przeciwstawiała własną regularność w defensywie- wspomaganą przez wrodzone fenomenalne "czucie" piłki, antycypację i dobrą obserwację kortu. Minął rok i  się okazało, że te mylące się bombardierki mylą się dużo mniej. A gra ofensywna połączona z regularnością to dla Agnieszki Radwańskiej mieszanka wybuchowa. Tylko aktywna i kreatywna defensywa z jakiej słynie np. Simona Halep ma tu zastosowanie. Jednakże na to polskiej tenisistki albo ambicjonalnie nie stać, albo wieloletnie nawyki, warunki fizyczne i niezbyt odpowiednia dla generowanie siły uderzenia technika odbić stanowią barierę już, po 20 latach grania, nie do pokonania.
Kameralny turniej w Katowicach ugruntował też coraz wyraźniejsze zjawisko zmiany warty w kobiecym tenisie. Przede wszystkim, jak się wydaje, poziom WTA bardzo się w minionych miesiącach podniósł. Warto to zauważyć zwłaszcza gdy nie czyni się bezsensownych porównań z tenisem męskim. W szerokiej czołówce jest  już wiele zawodniczek grających jak Serena Williams i Maria Szarapowa tylko odrobinę gorzej. Jednak zapewne to już kwestia niezbyt odległej przyszłości gdy te dwie legendarne  gwiazdy zastąpią zawodniczki urodzone po 1990 roku i  młodsze. Oto katowicką imprezę wygrała dziewiętnastoletnia Słowaczka, Anna Schmiedlova, która dobitnie pokazała Agnieszce i jej współpracownikom, że Camilla Giorgi była do pokonania za pomocą odpowiedniego returnu i jeszcze większego przyspieszania gry w kluczowych momentach. Sympatyczna i ambitna Anna wywiozła z Katowic dobre wspomnienia i czek na 43 tysiące dolarów.


Kibiców na trybunach nie było, niestety, przesadnie dużo. O sukcesie frekwencyjnym można było mówić chyba tylko podczas spotkań Agnieszki Radwańskiej i meczu finałowego. Co będzie dalej z szeroką publicznością tenisową w Polsce? Jeszcze dwa lata temu, po półfinale Wimbledonu dla Janowicza i Radwańskiej oraz ćwierćfinale dla Łukasza Kubota komentatorzy pisali na temat "złotej ery polskiego tenisa". Dzisiaj gdy Jerzy Janowicz przeważnie nie jest w stanie przejść pierwszej-drugiej rundy w żadnym turnieju, gdy Agnieszka Radwańska należy do top 10 tylko formalnie z owego złota nie pozostało nic zgoła...

czwartek, 26 marca 2015

Don Gio u drzwi kasyna...




 To, zdaje się, Profesor Jerzy Marchwiński w przerwie "Damy Pikowej" w Monte Carlo, gdzie jego małżonka Ewa Podleś debiutowała w roli Hrabiny, miał powiedzieć, że wystarczyło przebić ścianę i mielibyśmy naturalną scenerię arcydzieła Czajkowskiego. Taki sam zabieg budowlano-inscenizacyjny mógł wszakże mieć miejsce w przypadku "Don Giovanniego" Mozarta, który został niedawno wznowiony w stolicy księstwa Monaco w gwiazdorskiej, jak zwykle w tym ociekającym pieniędzmi i splendorem miejscu, obsadzie. Erwin Schrott, Patrizia Ciofi i Sonya Yoncheva to wystarczająco elektryzujące nazwiska aby poświęcić wieczór wciąż dostępnemu na francuskich stronach Medici.TV nagraniu z transmisji, która się odbyła w minioną niedzielę.
 Przyznam, że jestem już bardzo zmęczony tymi przeróżnymi kombinacjami i fantasmagoriami na temat relacji Giovanniego z Leporellem, fascynacji erotycznej Donny Anny zabójcą swego ojca etc. Słowem: po mniej lub bardziej niedorzecznych propozycjach Krzysztofa Warlikowskiego w Brukseli, Czerniakowa na festiwalu w Aix czy Calixto Bieito w Barcelonie niczym w krystalicznym i ozdrowieńczym zdroju zanurzyłem się w lekturę kameralnego, tradycyjnego, niemal bezinwazyjnego i urokliwego plastycznie spektaklu podpisanego przez szefa Opera de Monte Carlo - Jean-Louisa Grindy.


Scena, jak i cały teatr, w Monte Carlo jest malutka i z pewnością publiczność ma prawdziwie kameralny wręcz intymny kontakt z Mozartowską partytura ubraną w obrazy bezpośrednio wywiedzione z libretta i wypełniony talentami śpiewaków.
Erwin Schrott, do niedawna znany przede wszystkim jako "Pan Netrebko" z powodu bliskich relacji z rosyjską diwą, radzi sobie na rynku operowym całkiem dobrze. Jego występ w Monte Carlo poprzedziła okładka i duży wywiad we francuskim "Magazine Opera"  http://opera-magazine.com/2015/02/erwin-schrott/  zaś, sądząc po reakcji publiczności, interpretacja Urugwajczyka bardzo się podobała. Mnie się wydała zbyt jednowymiarowa: cyniczny, pozbawiony uczuć wyższych i empatii maczo z rozbawieniem przyglądający się jak jego występki kreują zamieszanie namiętności, frustracji i zemsty w otoczeniu. Na próżno będziemy tu szukać głębi i złożoności psychologicznej pod pozorami perlistej lekkości jaką znamy z kreacji Mariusza Kwietnia i to niezależnie od realizacji "Don Giovanniego" w której polski baryton bierze udział. Partia leży też dla Schrotta momentami wyraźnie za wysoko.
Idealnie wręcz spisuje się wokalnie i aktorsko w roli Leporella rumuński baryton  Adrian Sampetrean, którego międzynarodowa renoma stale rośnie.
Rosjanin Maksim Mironov to niemal klasyczny i stylowy Don Ottavio o nienagannej technice i delikatnej, płynnej linii śpiewu - przypomina młodego Flóreza, gdy przed laty, po raz pierwszy na żywo, usłyszałem słynnego Peruwiańczyka na recitalu w Filharmonii Wrocławskiej.


Dwie panie stanowią klasę dla siebie. Sonia Jonczewa śpiewa Donnę Elwirę pięknym, bogatym i pełnym głosem lirycznym. Pod względem głosu i śpiewu nie sposób zgłaszać zarzuty. Gdyby ograniczyć ocenę tylko do kryterium głosu Bułgarkę łatwo można uznać za najjaśniejszą gwiazdę spektaklu.  Jednakże nie znajdziemy tu takiego zaangażowania jak w niezapomnianej kreacji Véronique Gens, która była porywającą Elwirą w londyńskim "Giovannim" z Mariuszem Kwietniem.
Donna Elwira jest dość rozhisteryzowaną i egzaltowaną damą podczas gdy Jonczewa wydaje się czasem jakby wycofana bardziej do roli...Mimi niż Elwiry. Niezbyt też dobrze brzmi w tercecie
 masek i w finałowym sekstecie. 


 Patrizia Ciofi wręcz przeciwnie: zaangażowana jest aż za bardzo co się przekłada czasem na zbyt ekspresyjną mimikę, którą jeszcze podkreśla niekorzystne w niektórych scenach oświetlenie powodujące, że śpiewaczce przybywa co najmniej dziesięć lat więcej...Sam głos wydaje się niekiedy zmęczony i napięty.
Pod względem muzycznym Ciofi jednak dzierży palę pierwszeństwa. To Donna Anna ultramuzykalna i bez reszty stylowa. Głos Włoszki do najpiękniejszych i największych nie należy jednak dzięki znakomitej technice belcantowej bez trudu przebija się w tłumie i przepięknie góruje w sekstecie.  Głos zbudowany z światłocienia, w którym prawie zawsze słychać łzy, wyposaża Donnę Annę w format prawdziwej tragiczki z elektryzującą sceną rozpoznania Don Giovanniego czy w  Crudele!.. Ah no, mio bene! – Non mi dir, bell’idol mio -  rozumiemy dlaczego to zdecydowanie ciekawsze postać od Elwiry: niedostępna dla prostych i jednoznacznych uczuć, tęskniąca za nieuchwytnym (absolutem?), siłą osobowości dorównująca, a może i dominująca nad mitycznym uwodzicielem.
Niezależnie od różnych zastrzeżeń, niezbyt atrakcyjnej pary Zerlina-Masetto, trochę anonimowego kierownictwa muzycznego Paola Arrivabeniego to chyba jeden z bardziej udanych "Don Giovannich"  na europejskich scenach w ostatnim czasie.

 http://fr.medici.tv/#!/don-giovanni-opera-monte-carlo

sobota, 21 marca 2015

Bryan Hymel na szczycie

 FRANCUZCY melomani mają wielkie szczęście gdyż dwaj wybitni tenorzy opublikowali właśnie znakomite płyty recitalowe z fragmentami francuskich oper i dzieł włoskich z francuskimi librettami. Od  śpiewaka wymagana jest tu świetna wymowa francuska i wrażliwość stylistyczna bo, jak wiadomo, Francuzi nad swoim repertuarem dumają i dumają, chętnie i bezwzględnie tamtejsi recenzenci i słuchacze wytykają najdrobniejsze odstępstwa w zakresie wymowy i frazowania powiązanego z czytelnością i rozumieniem francuskiego tekstu.
W przypadku Piotra Beczały i amerykańskiego tenora Bryan'a Hymel'a takie niebezpieczeństwo nie wchodzi w grę. Obaj są w śpiewaniu francuskiego tekstu niemal perfekcyjni.
Czy sensowne jest porównywanie obu publikacji - "The French Collection" Beczały i " HÉROÏQUE – French Opera Arias" Hymel'a ? Może w jednym płyta Amerykanina budzi większe uznanie...Repertuar płyty Polaka jest konwencjonalny zaś na płycie jego kolegi zza oceanu otrzymujemy sporą dawkę repertuarowych precjozów. A poza tym są to osobowości wokalne i artystyczne całkowicie różne.

Gdy po raz pierwszy słuchałem Hymel'a, a było to ze dwa lata temu w ROH ("Robert le Diable" Meyerbeer'a) - doświadczyłem fascynującego zjawiska. Miałem wrażenie, że nastąpiła osmoza Juana Diego Flóreza (pierwotnie zaplanowanego do tej roli) i Jonasa Kaufmanna. Bo Hymel to artysta, którego natura bardzo szczodrze obdarowała głosem fenomenalnie plastycznym i ruchliwym, sięgającym w stratosferę tenorową (wysokich Cs i C na tej płycie recitalowej mamy doprawdy pod dostatkiem), a zarazem o mięsistej, gęstej i ciemnej średnicy. To głos prawdziwego, pełnego wewnętrznej siły i dramatycznej ekspresji Herosa.
I takie walory mają kapitalne znaczenie w repertuarze, który Amerykanin wykonuje na płycie: Eneasz w "Trojanach" Berlioza (od tej roli w ROH rozpoczęła się, zdaje się, jego światowa kariera), Arnold w "Wilhelmie Tellu" Rossiniego, Gaston w "Jerozolimie" Verdiego  i in. Zaskakujący jest z pewnością fakt, że duży koncern płytowy, w dobie uśrednionych interpretacji "dla wszystkich i nikogo" zdecydował się nagrać śpiewaka o tak wyrazistej osobowości, bardzo oryginalnych warunkach wokalnych i, być może, nieortodoksyjnej technice.  Wśród niezliczonych walorów jego wokalnych produkcji na tej płycie wymienię m.in idealne legato, ogromną dyscyplinę rytmiczną, swobodną i otwartą "górę", elegancję, precyzję i inteligencję frazowania a co za tym idzie - interpretacji.
Nie było by sukcesu nagrania gdyby nie świetnie się spisująca orkiestra Filharmonii Czeskiej w Pradze i Chór Czeskiej Filharmonii z Brna  pod wodzą bardzo kompetentnego w repertuarze francuskim dyrygenta - Emmanuela Villaume'a. Płytę nagrano w Smetana Hall w Pradze.
Plany repertuarowe, przede wszystkim związane z nowojorską Metropolitan Opera, Bryan Hymel ma imponujące. Najważniejsze jednak, że karierę rozwija na własnych warunkach (podobnie jak Beczała), a pojawienie się takiego śpiewaka na światowych scenach pozwala je zarazem otworzyć na repertuar, który znaliśmy dotąd niemal wyłącznie z zakurzonych nagrań lub literackich przekazów.
Ja zaś się cieszę, że w lipcu 2016 roku usłyszę  naszego bohatera w roli tak standardowej i z żelaznego repertuaru jaki sobie można tylko wyobrazić - Księcia Mantui z "Rigoletta" Verdiego w towarzystwie wymarzonej dzisiaj Gildy - Olgi Peretjatko. Będzie to repertuarowy spektakl w Deutsche Oper Berlin.

niedziela, 15 marca 2015

Violetta niepewna głosu...

 Rosyjska śpiewaczka Olga Peretjatko należy do najbardziej obserwowanych artystek młodego pokolenia. Dwa razy spotkałem się z jej sztuką wokalną - "Łucja z Lammermoor" w Berlinie i "Turek we Włoszech" na festiwalu w Aix  - i bardzo mi smakowało. Jednak jej debiut w "Traviacie" Verdiego, który się odbył przed kilkoma tygodniami w Lozannie, mogłem poznać tylko w retransmisji radiowej.
Pod względem wokalnym z pewnością świat zyskał bardzo ciekawą i budzącą nadzieję Violettę - daleko bardziej przekonującą od np. Diany Damrau. Słuchałem wczoraj Peretjatko z radością podziwiając urodę głosu, klarowne i trafne frazowanie, dobrą dykcję i zaangażowanie dramatyczne. Jakaż więc szkoda, że czar w pewnym momencie prysł. W "Addio del passato" śpiewaczka nie zapanowała nad głosem, który się chwiał, czasem uciekał z dźwięku innym razem załamywał. Czy to efekt opadnięcia z sił wokalnych czy raczej zły pomysł interpretacyjny? Bo wszakże umierająca Violetta powinna oddać swój stan środkami wokalnymi, ale, być może, nie aż tak dosłownymi, bo słuchacz nie wie czy śpiewaczka fałszuje, czy też może naprawdę zapadła na zdrowiu w trakcie spektaklu? To są ciekawe zagadnienia wykraczające zapewne poza ten konkretny przypadek...
Będę  z nadzieją i niecierpliwością czekał na kolejne występy Olgi Peretjatko w tej wielkiej roli. Myślę, że będzie jeszcze czego posłuchać.

piątek, 20 lutego 2015

Beczała po francusku

 Mogę z pełnym spokojem sumienia zakomunikować Czytelnikom, że mój patriotyzm w dziedzinie światowej wokalistyki został tym razem nasycony bez reszty. Bo Piotr Beczała nagrał niemal idealną płytę. Obok wyjątków z oper francuskich mamy tu dzieła Verdiego i Donizettiego do francuskich libret.
To, co się natychmiast rzuca w ucho to niemal nieskazitelna wymowa i dykcja naszego śpiewaka - prozodia jest tu imponująca co jest doprawdy już najwyższą szkołą jazdy jeśli idzie o ten aspekt kreacji wokalnej. Artysta mistrzowsko buduje frazę, operuje wyjątkowo bogatą paletą kolorów, które kształtuje wykorzystując brzmienia sylab, a nawet poszczególnych głosek. Bezbłędna jest też skala dynamiki dzwięku i z jaką maestrią artysta nią operuje.
 Najważniejsze jednak, że jego postaci, przez kilka minut poszczególnych arii, stają przed naszymi oczami ze swymi emocjami, rozterkami i uniesieniami. Tak jest w przypadku Wertera (Massenet) czy Romea ("Romeo et Juliette" Gounoda), Don Carlosa Verdiego i Fausta z "Potępienia Fausta" Berlioza. Pełna dramatycznej siły, ale i elegancji jest sławna "aria z kwiatkiem" ("La fleur que tu m'avais jetee") z "Carmen" Bizeta. Luksusem recitalu jest, oczywiście, udział Diany Damrau w duecie z "Manon". I ten fragment płyty również wypada doskonale.
Jeżeli miałbym szukać dziury w całym to wskazałbym na, być może, odrobinę niepokojące drżenie głosu tenora co zdradza, że 48 letni śpiewak od dawna nie jest już młodzieńcem...
Płyta Piotra Beczały "The French Collecton" dowodzi tego o czym mogliśmy się przekonać już wcześniej słuchając i oglądając polskiego tenora na scenach Wiednia, Bilbao czy Madrytu. Francuski repertuar jest, zdaje się, optymalnym przedziałem jego działań muzycznych w którym w pełni objawia się jego stylistyczna i techniczna skrupulatność, dbałość o elegancję frazowania i urodę dzwięku oraz starania o perfekcyjną wymowę. W nagraniu uczestniczy jedna z czołowych francuskich orkiestr: Orkiestra Opery Narodowej w Lyonie pod batutą Alain'a Altinoglu.


poniedziałek, 16 lutego 2015

A świat się śmieje...



"LADY Makbet Mceńskiego Powiatu" Dymitra Szostakowicza to arcydzieło powstałe w czasach mroku i terroru. Mniej więcej w okresie gdy sowiecka kinematografia wyprodukowała komedię filmową "Świat się śmieje". O ile jednak na film możemy dziś spojrzeć z politowaniem podszytym trwogą to  na operę Szostakowicza patrzymy z podziwem i niedowierzaniem, że "chaos w muzyce" stalinowska propaganda wykryła z czasowym poślizgiem. Bo początkowo dzieło święciło tryumfy i szybko ogłoszono je największym arcydziełem rosyjskiej opery od czasów Czajkowskiego.
  Dzisiaj zarówno publiczność jak i realizatorzy interpretują losy Katarzyny Izmajłowej przez oczywisty pryzmat stalinizmu i szerzej realiów państwa totalitarnego, ale i szeroko rozumiane procesy równościowe, emancypacyjne. I to wszystko w najnowszej realizacji, firmowanej przez Deutsche Oper Berlin, istnieje, choć w sposób tak naturalny i wielowymiarowy, że o najmniejszym nawet szeleście publicystyki politycznej czy historycznej nie może być mowy.
Przedstawienie podpisał Norweg Ole Anders Tandberg, sam spektakl jest koprodukcją DOB i Den Norske Opera w Oslo. Premiera norweska odbyła się we wrzesniu 2014 roku, ale, o ile wiem, przeszła bez większego echa. Dopiero seria berlińskich przedstawień przyciągnęła europejskich recenzentów i blogerów.
  Akcję Tandberg przeniósł do małego rybackiego domu na szarej skalistej skarpie. Domek oświetlony kilkoma latarniami, spowity mgłą i zapachem dorsza. Ryby są w tym spektaklu wszechobecne i pełnią różne funkcje symboliczne. Najważniejszy jest chyba ten falliczny. Mężczyżni przykładają gigantycznych rozmiarów ryby  w czułe miejsce i wykonując co i rusz ruchy frykcyjne. Nawet policjanci prasując sobie spodnie i pozostając w bokserkach posługują się deskami do prasowania natychmiast kojarzącymi się z kształtami ryb. Ryby są tu także narzędziem przemocy bezpośredniej i zbrodni .Nieliczne w tym przedstawieniu kobiety kołyszą małe dorsze niczym fantomy dzieci, których pragną... Dorsz jest też w norweskiej kulturze symbolem izolacji i wyobcowania, a także samotności...


Erupcji zmysłów między Katarzyną i Sergiejem towarzyszy grupa transwestytów ubranych jak czirliderki - to muzycy orkiestry obsługujący instrumenty dęte. Pojawiają się trochę jak groteskowa wersja chóru w antycznej tragedii. Tak będzie w różnych ważnych momentach tego przedstawienia. Odbieram to jako swego rodzaju gogolowskie ramy, ale i reminiscencje z estetyki "sowieckiego jazzu", który przenika nieszczęsną komedię "Świat się śmieje".  To rechot złowrogiej groteski, rewers strachu i terroru. Taniec na wulkanie.
O ile dwa pierwsze akty Tandberg poprzetykał groteską i humorem, dwa kolejne zmierzają ku, nomen omen, śmiertelnej powadze. To, że tytułowa bohaterka uosabia pragnienie wolności i bunt wobec opresyjności otoczenia jest już oczywistością w interpretowaniu arcydzieła Szostakowicza. Jednakże zjednanie sympatii dla trzykrotnej zabójczyni to już zasługa przede wszystkim śpiewającej aktorki jaką jest słynna Evelyn Herlitzius (niezapomniana Elektra w ostatnim przed śmiercią przedstawieniu Patrick'a Chereau na festiwalu w Aix-en-Provence). Rola zresztą wpisuje się w ogólną koncepcję reżysera. Kobieta jest uciśniona nie tylko przez brak samorealizacji w każdym wymiarze, ale i przez seksualną agresję mężczyzn od teścia po męża i popa.


 W swojej prywatnej nomenklaturze pojęcie "śpiewającego aktora" stosuję często pejoratywnie. Nie lubię gdy śpiewaczka/śpiewak sprzedaje mi wybrakowany towar: niedostatki wokalne i stylistyczne próbuje zniwelować szarżą sceniczną. I nawet jeśli strona aktorska takich działań budzi uznanie to jednakże, w moim odczuciu, braki muzyczne są tym bardziej wtedy dotkliwe. W przypadku niemieckiej śpiewaczki na szczęście tak się nie dzieje. Jest artystką organiczną. Strona wokalna z aktorską tworzą osmozę. Możemy tu istotnie mówić o trzeciej jakości - innej niż sam śpiew, a potem śpiew połączony z gestem teatralnym.
Herlitzius przypomina mi Gwyneth Jones. Ze wszystkimi walorami, ale i wadami. Mogę się przyczepić do napiętych wysokich tonów, pewnej monotonni kolorystycznej i braku w śpiewie zmysłowości, którą jakże słusznie obdarzyła swoją postać Eva Maria Westbroek w paryskim przedstawieniu "Lady Makbet". Niemka jest aktorką bardzo fizyczną. Jej ciało, zdaje się, nie ma żadnych ograniczeń ekspresyjnych. Korzysta z tego daru pełnymi garściami. Do tego dodaje perfekcyjne operowanie głosem gdzie poprzez dynamikę od fortissimo po czułe piano buduje złożoność psychologiczną swego położenia.
Godnym jej partnerem okazuje się Sir John Tomlinson w roli teścia, równie jak ona, sfrustrowanego seksualnie , ale mającego nad otoczeniem przewagę pozycji społecznej. Nie słyszałem chyba ostatnio tak mistrzowskich pian w śpiewie żadnego basa. Obecność sceniczna elektryzująca. Nawet jeśli pozostali uczestnicy obsady nie należą do najbardziej utalentowanych artystów jakich znamy to trzeba przyznać, że reżyser bardzo im pomógł osiągnąć najwyższy profesjonalizm. Najbardziej idiomatyczne wykonanie, być może, prezentuje jedyny Rosjanin w obsadzie - Maksim Aksenow w roli Sergieja. Świetne warunki fizyczne z pewnością stanowią wielki atut w roli parobka, którego przeznaczeniem jest ukojenie kobiecej rządzy, ale interpretacja wokalna wydaje się zbyt jednowymiarowa.
Od strony warsztatowej spektakl Ole Tandberga jest bez zarzutu z perfekcyjnie wyćwiczonymi gestami teatralnymi, dopracowanymi do szczegółu scenami zbiorowymi i interakcjami pomiędzy postaciami. Finałowa scena choć przez wiele minut słuchamy śpiewu o rajstopach poraża oszczędnością formy i bogactwem niuansów psychologicznych. Nie wiem też czy był to efekt zamierzony przez reżysera czy też we mnie pojawiła się taka kalka, ale galernicy śpiący na skarpie przypominali rzucone ciała jakie widzimy w migawkach filmowych z hitlerowskich obozów koncentracyjnych...W obliczu tak ekstremalnych sytuacji tym bardziej rozumiemy egoizm i niskie instynkty, którymi kierują się protagoniści.
 Na szczyty wznoszą się w tym przedstawieniu Chór i orkiestra Deutsche Oper Berlin pod wodzą swego kierownika muzycznego, Szkota Donalda Runniclesa. Nie wiadomo co bardziej podziwiać: skalę środków dynamicznych, precyzję brzmienia, elastyczność frazy, feerię kolorów i temp. Wszystko to się składa na fakt, że orkiestra bezbłędnie buduje przestrzeń muzyczną, narracyjną i psychologiczną sceny, a chór prezentuje wyjątkowe umiejętności wokalne i sceniczne.
Ogromny aplauz berlińska publiczność (sporo tym razem na widowni młodzieży) adresuje szczególnie do Evelyn Herlitzius, Johna Tomlinsona i maestra Runniclesa.
W jednym z przedstawień niedysponowaną Herlitzius zastąpiła Rosjanka - Swietłana Sozdatelewa, która, jak twierdzą świadkowie, zrobiła jeszcze większe wrażenie niż jej bardziej renomowana koleżanka.



  https://www.youtube.com/watch?v=8DQUpaqKSnI

D. Szostakowicz: "Lady Makbet mceńskiego powiatu", Deutsche Oper Berlin, 14 lutego 2014 (ostatnie przedstawienie serii).

poniedziałek, 9 lutego 2015

Łucja pif paf

 
NAJNOWSZĄ realizację "Łucji z Lammermoor" Donizettiego obejrzałem w przekazie telewizyjnym z Bayerische Staatsoper. W związku z tym rozpocznę od strony scenicznej. Ale czynię to, niestety, z przykrością. Bardzo chciałbym napisać coś miłego o pracy polskiej reżyserki Barbary Wysockiej, która, zdaje się, zadebiutowała na tak ważnej europejskiej scenie operowej. I to w dziele z absolutnego topu repertuarowego mając do dyspozycji wielką gwiazdę w roli tytułowej.
 Gdybyż jeszcze propozycja Wysockiej irytowała, zniesmaczała czy też w inny sposób rozgrzewała do czerwoności złaknionego nowych wrażeń widza. Myślę, że zdecydowanie większym w tej mierze specjalistą jest rodak reżyserki -  Krzysztof Warlikowski.
Tymczasem pani Wysocka przygotowała spektakl z wyprzedaży zgranych pomysłów. Bo przecież nie potraktujemy poważnie tej rekwizytorni obowiązującej jak teatr operowy w Niemczech długi i szeroki. Mamy tu media, flesze, śpiewanie-mówienie do mikrofonu, przeniesienie akcji do Ameryki lat 50 i poetycką, wielowymiarową, na ile tylko konwencja operowa pozwala, postać Łucji w dosadności i trywialności. Jej charyzma więc wyparowała - została kobieta "z krwi i kości. Tyle tylko, że to nie postać Donizettiego! Ileż to już razy na scenach niemieckich i nie tylko było i to niezależnie od tytułu. W samej Deutsche Oper Berlin ostatnio Semiramida (Rossini) również była silną kobietą uwikłaną w bliżej nieokreślony konflikt polityczny zaś "Aida" rozgrywała się w amerykańskiej sekcie religijnej, w latach 50. Podejrzewam, że pani Wysocka doskonale zna te realizacje.  Ale ok.  Było minęło... Przykre jest to, że reżyserka odebrała, zdaje się, jakieś wykształcenie muzyczne a jednak postępuje na przekór muzyce i stylowi dzieła, które obleka w kształt sceniczny. Te nawiązania do filmowych ikon...Po co?! Na co?! W jakim celu?! I mam pytanie: czy pałętająca się po scenie dziewczynka to próba włożenia tu jeszcze atmosfery filmowego horroru? Bo nic przecież tak nie "straszy" w filmach klasy B i C jak dziecko zza światów.
"|Łucja" dopuszcza wariant "silnej kobiety", ale czyniąc z niej w tzw. scenie obłędu jakąś terorystkę biegającą z pistoletem realizatorka amputuje całą romantyczną aurę tej postaci lekko unoszącej się nad ziemią - obecną ciałem, nieobecną duchem. Całkowita zamiana znaczeniowych i wyrazowych akcentów czyni z przedstawienia nie dzieło Donizettiego lecz dzieło Wysockiej. Siła Łucji zawiera się w jej "zatrzaśnięciu" i jej nieuchwytności dla otoczenia - nie zaś w tym, że damy jej do ręki pistolet, ubierzemy w szpilki i poprosimy o subtelność syreny alarmowej, bo, niestety, tak swoją partię wokalną  traktuje Diana Damrau.
Po niemieckiej sopranistce nie spodziewałem się w tej roli niczego dobrego. I nie zawiodłem się. Linia wokalna jest chaotyczna, cały arsenał belcantowej wirtuozerii i zdobnictwa właściwie nie istnieje, bo trudno nimi nazwać te posapywania, pojękiwania i inne nie przewidziane przez kompozytora odgłosy na które najbardziej nawet drugorzędna włoska śpiewaczka na prowincjonalnej scenie we Włoszech by sobie nie pozwoliła. Jedno co mogę Damrau oddać to jej profesjonalizm sceniczny - wiernie podąża za wskazówkami reżyserki, gra z oddaniem i zaangażowaniem godnym lepszej sprawy. Jednakże nic nie zrekompensuje mankamentów choćby we frazowaniu. W muzyce Donizettiego ważne jest kształtowanie linii wokalnej podczas gdy Damrau śpiewa tak jakby się potykała o każde słowo...


Gdy nie ma Łucji - nie ma właściwie o czym mówić. I sytuacji nie ratują panowie, skądinąd bardzo profesjonalniw swoich partiach wokalnych, Dalibor Jenis (Enrico) i Pavol  Breslik (Edgardo). Na wyróżnienie zasługuje  też Georg Zeppenfeld jako Raimondo. Na wyróżnienie zdecydowanie negatywne zasłużył trzeci pan, dyrygent Kirill Petrenko, który robi w orkiestronie rzeczy przedziwne proponując momentami tempa absurdalnie wolne lub wyciszając orkiestrę tak, że słuchamy śpiewu a capella. Rozumiem, że panuje przekonanie iż partia orkiestrowa w operach belcantowych to "pozytywka", ale tym razem maestro chyba przegiął.
To, że w mediach może się pojawić każda bzdura zdążyliśmy się już od dawna przyzwyczaić. Jednakże urąganie elementarnej prawdzie budzi wciąż niedowierzanie. Jak akapit jednej z recenzji, że "Diana Damrau dominuje w obsadzie wokalnej". Litości! Dominować można na wiele sposobów jednakże recenzentowi wyraznie chodziło o wysoki poziom artystyczny solistki. Tymczasem jej dominacja polega na śpiewaniu coraz głośniejszym, ruchach coraz bardziej zamaszystych, coraz głośniej stuka obcasami, coraz mocniej wymachuje pistoletem. Pif Paf! Arcydzieło Donizettiego leży i kwiczy.