wtorek, 28 października 2014

Mistrzynie i celebrytki



  SEZON  kobiecych rozgrywek za nami. Zwieńczyły go nieoficjalne mistrzostwa świata WTA, które po raz pierwszy odbyły się w Singapurze. I wszystko się zakończyło zgodnie z planem. Królowa jest tylko jedna. Serena Williams wygrała wszystko, czyli zdobyła mistrzostwo i czek na ponad dwa miliony dolarów oraz pozostała na fotelu liderki. Panie się rozjechały do swoich zajęć. Jedne, jak np. Agnieszka Radwańska, na wakacje, by się smarować olejkiem do opalania i leżeć na gorącej plaży, inne, by dalej trenować, szukać  bardziej profesjonalnego wsparcia i jeszcze ambitniejszych celów.
Wielu narzeka na aktualny poziom damskich zmagań w tenisie. To pewnie typowa ludzka przywara odnosząca się do wielu dziedzin życia. - Kiedyś to była młodzież! - Kiedyś to były tenisistki! - Kiedyś śpiewali Callas, Tebaldi i Pavarotti, a teraz ?!
Myślę, że takie zestawienia ludzi kręcą, mają zawsze dyskretny urok sportu kanapowego, gdy przed telewizorem można spekulować kto lepszy, a kto gorszy. Ale czy jest to do końca uczciwe? Takie proste zestawienia osób z różnych czasów, epok, warunków i kontekstów? Czy legendarna tenisistka Martina Navratilova chodziłaby teraz bez przerwy do siatki i popisywałaby się swoimi agresywnymi wolejami gdyby zaczęły ją ostrzeliwać aktualne gwiazdy w rodzaju Williams, Szarapowej czy Kvitovej? A Martina Hingis z swa finezyjną grą? Dzisiejszy tenis kobiet jest inny: bazujący na sile uderzeń z głębi kortu i znakomitym przygotowaniu fizycznym. Niezależnie od wzrostu i wagi wszystkie dziewczyny ze ścisłej czołówki przede wszystkim tak właśnie muszą grać, oczywiście, dodając jakieś własne firmowe elementy, które decydują o ich tenisowej tożsamości. Myślę więc, że poziom pewnie nie jest obecnie ani wyższy, ani niższy niż drzewiej bywało, ale, być może, bardziej niż kiedyś wyrównany w obrębie pierwszej pięćdziesiątki rankingu.
To, co pewnie dzisiejszy tenis kobiecy odróżnia od przeszłości to ogromne pieniądze. O takich zarobkach, nawet w mniejszych i słabo obsadzonych turniejach, dawne gwiazdy mogły pomarzyć. Dzisiaj WTA, zarządzająca kobiecymi rozgrywkami, jest potężną biznesowo organizacją mającą kolosalne wpływy z transmisji telewizyjnych, umów sponsorskich czy licencji turniejowych.



WTA bardzo  dba, by kobiecy tenis był jak najatrakcyjniejszym produktem, który można sprzedawać w mediach. Przykładem może być choćby dwudziestoletnia, ogromnie utalentowana, kanadyjska tenisistka, Eugenie Bouchard, promowana przez organizację i współpracujące z nią firmy PR, na przyszłą największą gwiazdę rozgrywek, "następczynię Szarapowej". Piękne zdjęcia na których Genie pozuje w seksowych pozach mają być niby dodatkiem do poważnej kariery tenisowej, ale czasem można odnieść wrażenie, że śliczna Kanadyjka zaczyna się trochę gubić między marketingiem a kortem. Presja sportowa i ogrom obowiązków pozatenisowych najwyraźniej przełożył się na fakt, że Bouchard nie była w stanie w Singapurze wygrać ani jednego meczu, co więcej, przegrała je wszystkie w kiepskim stylu. Ale też, powiedzmy jasno, rozgłos wokół Kanadyjki ma podstawy. Podczas, gdy nasza Agnieszka musiała kilka lat profesjonalnej kariery czekać na pierwszy finał wielkoszlemowy, wcześniej nie mogąc pokonać nawet bariery ćwierćfinału, Bouchard, w wieku 20 lat, ma już finał Wimbledonu, półfinał Roland Garros i Australian Open oraz  fortunę na koncie bankowym. I tego wszystkiego dokonała tylko podczas jednego, zakończonego właśnie, sezonu!


  Dzisiejsze gwiazdy tenisa nie mogą sobie pozwolić, jak niegdyś np. nieśmiała i wycofana prywatnie Steffi Graf (ponad dwadzieścia tryumfów wielkoszlemowych i złoty medal olimpijski), na skupienie się tylko na rozgrywkach i dyskretne trenowanie w zaciszu kortu technicznego. Nic z tych rzeczy! Dzisiaj każdy trening fan lub  hejter może nagrać telefonem i wrzucić na YT z odpowiednim, nie zawsze sympatycznym, komentarzem. Tenisistki przed każdym dużym turniejem muszą brać udział w tzw. Play Party, gdzie kroczą po czerwonym dywanie i pozują fotoreporterom w kreacjach od najlepszych projektantów. Losowanie tzw. drabinki turniejowej podczas "Masters" jako żywo przypomina ceremonię oscarową.


Jedne tenisistki, jak Maria Szarapowa, doskonale się w tym odnajdują, inne wyraźnie mylą celebryctwo z profesjonalizmem. Szarapowa od lat bezbłędnie łączy bycie jedną ze światowych marek popkulturowych i biznesowych ze statusem wielkiej i głodnej sukcesów sportsmenki. Tymczasem Agnieszka Radwańska wyraźnie się ostatnio pogubiła i trudno orzec na czym jej zależy: na byciu dobrze wycenianym nazwiskiem na lokalnym rynku reklamowym czy na dalszym rozwoju sportowym?
   Problemy Agnieszki widać chyba szczególnie na tle zawodniczki, która przebojem się wbiła  do
 czołówki i jest obecnie trzecią tenisistką świata. Dla 23 letniej Rumunki Simony Halep Radwańska była przez długi czas istnym postrachem. - Nigdy z nią nie wygram - miała kiedyś, po kolejnym przegranym meczu, powiedzieć Halep. Dzisiaj jest zawodniczką o co najmniej klasę lepszą od Polki. Obie są skromnego wzrostu i wagi, obie z natury nie są w stanie wkładać takiej siły i energii w uderzenia jak np. Kvitova czy Szarapowa. Ale o ile Halep gra, żeby wygrać - Radwańska gra, żeby nie przegrać. Jeszcze niedawno nasza najlepsza zawodniczka wraz z trenerem przekonywali publiczność, że ich celem jest zdobycie wielkoszlemowego mistrzostwa, osiągnięcie 1 miejsca w rankingu. W licznych wypowiedziach pobrzmiewała sugestia, że na drodze do tych celów stoją wysokie i silne zawodniczki - Azarenka i Szarapowa - które nie pozwalają naszej gwieździe rozwinąć skrzydeł.
Tymczasem Azarenka odeszła w siną dal, Chinka Li Na zakończyła karierę, Szarapową nękają kontuzje i spadki formy, a mimo to Agnieszka Radwańska, choć nie miewa problemów zdrowotnych wykluczających ją z rozgrywek i gra regularnie we wszystkich dużych i mniejszych turniejach, nie była w stanie nawiązać walki o top 3. Walczy teraz o to, bo nie wypaść z pierwszej dziesiątki rankingu WTA. Z wielkich zapowiedzi i wielkich nadziei jej fanów niewiele zostało. Krakowiance gra się coraz trudniej, coraz częściej przegrywa z przeciwniczkami z odległych miejsc rankingowych, a brak odpowiedniego przygotowania fizycznego wychodzi już w każdym jej meczu.
 Mimo, że w rozgrywkach pojawiło się sporo tzw. "młodych głodnych", czyli zdolnych i ambitnych nastolatek i dziewcząt urodzonych po 1990 roku, nie wzięły jeszcze szturmem szerokiej czołówki. Jedynie wspomnianej Bouchard się udało. Kariera Simony Halep, choć też wystrzeliła w górę dopiero w 2014 roku, to jednak dla wtajemniczonych nie jest aż takim zaskoczeniem, bo Rumunka od dłuższego czasu przebywała na zapleczu czołówki i widać było potencjał, który w każdej chwili może zaowocować.
Jaki będzie 2015 rok w kobiecym tenisie? Więcej tenisowego mistrzostwa czy więcej celebryctwa? Czy zegar kariery  Sereny Williams już zaczął wsteczne odliczanie? Czy Simona Halep wygra turniej wielkoszlemowy i będzie nową liderką, a może wróci do dawnej, jak widać było w ostatnich tygodniach jeszcze nie zgranej, roli liderki -  Karolina Wozniacka? Aga Radwańska już definitywnie zakopała na plaży ambicje sportowe czy jednak wróci z nowymi celami i nową jakością w grze? Czy piękna i seksowna, jedna z celebryckich ikon WTA, Ana Ivanović na dłużej zagości w top 5, a może pójdzie wyżej?
Pierwsze odpowiedzi na te i inne pytania otrzymamy dopiero w styczniu 2015 roku gdy się zakończy  pierwszy turniej wielkoszlemowy w dalekiej Australii.

 

wtorek, 14 października 2014

Diana Damrau zaśpiewała Meyerbeera

   
Il Palazzetto Bru Zane to stowarzyszenie z siedzibą w Wenecji oddane propagowaniu, a często odkrywaniu na nowo, francuskiego dziedzictwa muzycznego XIX wieku. Pod ich auspicjami odbywają konferencje muzykologiczne (np. niedawno w Berlinie poświęcona Meyerbeerowi), koncerty i realizowane są nagrania.
Ostatnio postanowili uczcić 150 rocznicę śmierci Giacomo Meyerbeera: w Berlinie odbyło się, omówione na blogu, koncertowe wykonanie rzadko prezentowanej opery "Dinorah". Koncert w Filharmonii Berlińskiej okazał się dużym sukcesem i, miejmy nadzieję, jego wysoki poziom potwierdzi wydana niedługo płyta.
Kilka dni póżniej, 6 października, zabrzmiał, również z logo Il Palazzetto Bru Zane,  prawdziwie luksusowy koncert arii z  oper twórcy "Hugenotów" w rzymskim Auditorium  Parco della Musica, którego gwiazdą była niemiecka sopranistka, Diana Damrau. Koncert luksusowy, bo śpiewaczce towarzyszyła renomowana orkiestra i chór Akademii Świętej Cecylii, a za pulpitem dyrygenta stanął sam Antonio Pappano.
Była więc gwiazda, stawiła się rozentuzjazmowana publiczność, zjechali znani krytycy, czego chcieć więcej?
Moim zdaniem wydarzenie udało się połowicznie.
Diana Damrau przed laty oczarowała świat dwiema niemieckojęzycznymi rolami: Królową Nocy z "Czarodziejskiego fletu" Mozarta a potem perlistą Zerbinettą z "Ariadny na Naxos" Ryszarda Straussa. Do młodej śpiewaczki zgłosiła się jedna z dużych wytwórni płytowych i wkrótce kariera Niemki dostała nieprawdopodobnego, mówiąc kolokwialnie, kopa. Nagrywa recital za recitalem, gna przez repertuar włoski i francuski z prędkością antylopy. Rozchwytywana przez teatry w repertuarze wczesnoromantycznego bel canto, objechała właśnie największe sceny z "Traviatą" Verdiego, a teraz chyba zamierza przysiąść nad repertuarem francuskim stąd koncert Meyerbeera i prawdopodobnie jej sceniczny debiut w roli księżniczki Isabelle w "Robert le Diable", wcześniej jednak zaśpiewa w Wiedniu swą pierwszą Leile w "Poławiaczach pereł" G. Bizeta.
Słuchając Damrau w Rzymie zastanawiałem się nad zaskakującym przebiegiem niektórych  karier wokalnych. Ta świetna niegdyś niemiecka koloratura przestawiła się na romantyczne role włoskie i francuskie. Jednakże w tych partiach, wymagających zróżnicowanej palety kolorów, prostoty, a zarazem ekspresyjności frazowania, swobodnej, a nie siłowej wirtuozerii, głos Niemki brzmi jednowymiarowo, zimno i monotonnie. Utraciła przy tym dawną celność i jakość najwyższych tonów.
Dwa fragmenty rzymskiego koncertu budziły duże wątpliwości: w niezwykle trudnej scenie Palmidy “D’una madre disperata…Deh! Mira l’angelo…Con qual gioia le catene” z "Il crociato in Egitto" widać było wszystkie szwy, a nawet fastrygi jakby to wokalne ubranie było dla śpiewaczki za ciasne, dopiero nieśmiało przymierzane...
Jeszcze gorzej wypadła wirtozowska aria "Ombre legere" z "Dinorah" gdzie Damrau śpiewała za głośno, za mocno i wyraznie się siłując z pasażami, trylami i koloraturami, które brzmiały raz atletycznie innym razem wręcz wrzaskliwie. Z delikatną i dziewczęcą Dinorah nie miało to wspólnego nic zgoła..
Punktem szczytowym wieczoru był fragment z "Roberta le diable " - "Robert, toi que  j'aime". Najwyrazniej tu śpiewaczka czuła się najswobodniej.
Równie dobre wrażenie pozostawiła słynna, zapamiętana dzięki genialnemu wykonaniu Joan Sutherland,  aria Marguerite de Valois  “O beau pays de la Touraine” z "Hugenotów". To jedyna rola Meyerbeera, którą, jak dotąd, Damrau zaśpiewała w całości - w 2002 roku we Frankfurcie nad Menem.
Cały program koncertu był zresztą bardzo wartościowy, bo osadził twórczość Meyerbeera w szerokim kontekście opery włoskiej (Rossini) i niemieckiej (Wagner). Szkoda tylko, że ceniony przeze mnie Antonio Papano nie był chyba do końca...sobą. Uweturę do "Semiramidy" Rossiniego poprowadził wręcz brutalnie, w wielu momentach muzyki Meyerbeera zabrakło subtelności.
Publiczność jednak była ogromnie ukontentowana fetując Dianę Damrau ile sił w rękach i gardłach. I ta przesadzona reakcja też była dla mnie problemem. Ale to już osobny temat.

piątek, 3 października 2014

Ciofi w pogoni za cieniem. Dinorah w Berlinie.

 DEUTSCHE Oper Berlin postanowiła uhonorować urodzonego w stolicy Niemiec Giacomo Meyerbeera -  żydowskiego kompozytora komponującego czołowe dzieła francuskiej grand opera. W następnych sezonach teatr wystawi m.in "Afrykankę" z Sophie Koch i Robertem Alagną oraz "Hugenotów" z Juanem Diego Florezem. Cykl rozpoczęto jednak od koncertowej wersji "Dinorah" z Patrizią Ciofi. Libretto, które można ewentualnie nazwać niezbyt szczęśliwym, wymagałoby zapewne karkołomnych zabiegów reżyserskich, a sam spektakl wyjątkowych działań marketingowych aby przyciągnąć komplet publiczności na kilka przedstawień. Wersja koncertowa jest, zdaje się, w przypadku tego niezwykle atrakcyjnego muzycznie i wokalnie dzieła najsensowniejszym rozwiązaniem. Drugim powodem pozbawienia "Dinorah" kształtu scenicznego jest trwający w DOB lifting więc imprezę zorganizowano w gościnnych progach Filharmonii Berlińskiej.
 Wyznam, że jestem admiratorem twórczości Meyerbeera - jego styl uważam za niepowtarzalny, partytury operowe twórcy "Roberta Diabła" są zazwyczaj niezwykle błyskotliwe w warstwie orkiestrowej i wokalnej. Bardzo rzadko pojawiają się obecnie na światowych scenach. Zapewne nie tylko ze względu na ich obszerność i reżyserskie wyzwania, ale powodem może być bariera stylistyczna i wirtuozowska dla wielu dzisiejszych śpiewaków. Jak sięgnę pamięcią to w ostatnich latach pokazano m.in "Hugenotów" w Liege, "Il crociato in Egitto" w Wenecji, "Robert le Diable" w Londynie...Niewiele :(
  "Dinorah" to rarytas wśród rarytasów. Znalazłem w czeluściach Internetu tylko jedno przedstawienie, które wystawiono w 2001 roku we francuskim Compiegne. Dyskografia jest wyjątkowo szczątkowa i przypominam sobie zaledwie nagranie w barwach angielskiej "Opera rara" sprzed lat.
Mimo, że opera jest polem do popisu nie tylko dla sopranu, ale także dla barytona i tenora oraz pozwala rozwinąć skrzydła dobrej orkiestrze, słynną Dinorah była legendarna Adelina Patti, to jednak urocza opera Mayerbeera przetrwała w szerszej świadomości właściwie w postaci...jednej arii "Ombre legere", którą popisywały się, podczas recitali, Maria Callas czy Joan Sutherland. A przecież ta opera komiczna ma olśniewające fragmenty, które, wyrwane z kontekstu, nie wywierają odpowiedniego wrażenia.
Tytułowa bohaterka ma do dyspozycji popisowe koloratury, które nasycone ekspresją, skłaniają do uznania Dinorah za siostrę Lucii Donizettiego, a elegijne i delikatne kantyleny mogłyby należeć do wokalnego arsenału Aminy z "Lunatyczki" Belliniego.
Patrizia Ciofi jest wyjątkową postacią współczesnej sceny operowej. To fascynujące jak włoska artystka potrafi każdą frazę nasycić emocjami i poezją. Jej muzykalność, operowanie światłocieniem, koloraturowa wirtuozeria i swoboda stylistyczna złożyły się na postać ujmującą i wzruszającą. Scena z arią "Ombre legere" była punktem szczytowym wieczoru - w śpiewie Ciofi, w jej delikatnych i kolorowych pasażach, trylach i koloraturach czułem szaleństwo goniącej za swym cieniem Dinorah. Scenę zakończył ogromny i zasłużony aplauz berlińskiej publiczności. Jednakże muszę gwiazdę zganić za niezbyt czytelny francuski, choć śpiewaczka mówi biegle w tym języku i jej dykcja zwykle jest bardzo poprawna.
  Ciofi bywa krytykowana. Myślę, że jej specyficznie zawoalowany głos i nie zawsze komfortowe wysokie tony nie trafiają do każdego gustu. Mnie jednak zawsze, ilekroć jej słucham, ujmuje szczerością interpretacji.
Włoska diwa miała godnych partnerów. Fantastycznie pod względem wokalnym, w roli Hoela, wypadł kanadyjski baryton Etienne Dupuis nawet jeśli interpretacyjnie i aktorsko pozostawał troszkę sztywny. Tego ostatniego z pewnością nie można było zarzucić wykonawcy partii Corentina, który w ujęciu Philippe'a Talbota był nie tyle sympatycznym głuptasem co żywiołowym spryciarzem. Obaj panowie imponowali znakomitą dykcją i bardzo idiomatycznym wykonaniem.



 Obok Ciofi bohaterem wieczoru był włoski dyrygent Enrique Mazzola, który bezbłędnie rozczytał i ubrał w dzwięki partyturę Meyerbeera. Znakomite rubata, elektryzująca scena burzy i przebudzenie natury w 3 akcie - wszystko w olśniewającym i wyrafinowanym kształcie, który wcale nie jest codziennością w występach orkiestry DOB. Jeżeli miałbym coś zarzucić to  niekiedy zbyt dużo decybeli z którymi musieli się zmagać śpiewacy, zwłaszcza Ciofi, której głos nie ma zbyt dużego wolumenu.

  

 Retransmisja koncertowego wykonania "Dinorah" na antenie Deutschlandradio Kultur, 4 października o godzinie 19. Potem nagranie zostanie opublikowane na CD.
http://www.deutschlandradiokultur.de/oper-konzertant-wiedergutmachung.1091.de.html?dram:article_id=297788

czwartek, 25 września 2014

Elektra assoluta

    
ELEKTRA Ryszarda Straussa przechodzi ostatnio okres artystycznego urodzaju. Mamy na świecie kilka bardzo dobrych wykonawczyń roli tytułowej, zdarzają się udane przedstawienia i to nawet w teatrach nie pierwszoplanowych jak np. w minionym sezonie w Warszawie gdzie była Ewa Podleś, wstrząsająca w roli Klitemnestry, a wraz z Christiną Goerke (Elektra) stworzyły duet o rzadkiej sile rażenia.
O ile jednak w TW ON obie panie zostawiły w tyle wszystkie pozostałe elementy przedstawienia o tyle to, co się wydarzyło w lipcu 2013 roku w Aix-en-Provence,  jest fenomenem na który, bywa, że publiczność czeka latami. Bo przywołajmy poczciwą opinię: opera może być czymś najwspanialszym pod słońcem, ale i czymś, co woła o pomstę do nieba. Bardzo dużo składników musi pasować i smakować, by operowe danie było nie tylko zjadliwe, ale stanowiło ucztę. W Aix nastąpiła fenomenalna osmoza bezbłędnej obsady, zjawiskowego  kierownictwa muzycznego i natchnionej, niestety, ostatniej przed nagłą śmiercią, pracy reżyserskiej Patrice'a Chereau.
Spektakl opublikowano niedawno na nośnikach DVD i Blu-ray. I muszę przyznać, że rzadko się zdarza, by nagrania tak przekonująco wyzwoliło doznania zapamiętane z teatru.
Akcję umieścił Chereau w nasłonecznionym śródziemnomorskim domu. Domu kobiet gdzie, mniej lub bardziej zawoalowane, opresja i przemoc, wypełzają niemal z każdego kąta. Przez pewien czas nie dawały mi spokoju silne skojarzenia z nieco zapomnianym dramatem Federica Garcia Lorki "Dom Bernardy Alba": słońce, półcienie, misterna siatka psychologicznej gry między kobietami w zamkniętej przestrzeni.
O tej "Elektrze" napisano już bardzo wiele, wizja sceniczna nieodżałowanego geniusza jest tak energetycznie i emocjonalnie spójna, a zarazem wieloznaczna  i uruchamiająca całe ogromne obszary tego, co wymyślono na temat kondycji Elektry i co wyinterpretowano z jej mitu, że nie będę Czytelników zanudzał  osobistą interpretacją. Jeśli ktoś z Was nie zna tego spektaklu - powinien koniecznie doń sięgnąć.


Arcydzieło Straussa obrosło wieloma schematycznymi ujęciami i wytrychami interpretacyjnymi. Chereau stara się nas przekonać, że nie wszystko, co mówi Elektra, jest jedyną prawdą o świecie przedstawionym, jej optyka niekoniecznie musi wszystko do końca tłumaczyć. Niekoniecznie musi być od początku do końca opętana zemstą, jej matka niekoniecznie jest potworem, a ojciec niekoniecznie herosem. Francuz dokonuje rewelacyjnych przesunięć sensów mitu i libretta. Matka prawdopodobnie kocha Elektrę i cierpi z powodu jej stanu. Tak naprawdę Klitemnestra ma wiele powodów, by zemścić się na Agamemnonie, który ją zdradził i poświęcił ich córkę Ifigenię.
Elektra nie tyle jest, wedle Patrice'a Chereau, ogarnięta rządzą zemsty, co pogrążona w depresji. Egzystująca na progu życia, w przedsionku ukierunkowanych emocji ujętych w ramy kultury i cywilizacji. Znaczące jest to, że w pierwszej scenie, w której widzimy bohaterkę, wyłania się ona niejako ze szczeliny, rozpadliny - Elektra nie należy do żadnego z porządków. Tkwi unieruchomiona w swoim buncie i niespełnieniu także seksualnym. Siostra - pełna i zwyczajna kobieta - budzi politowanie, a zarazem porządnie. Chrysotemis chce zwykłego i spokojnego życia. Elektra zaś pragnie cierpieć i chce odbierać wszystko na ostrzu noża. Inaczej nie chce i nie potrafi. Chereau nie daje też do końca jednoznacznych odpowiedzi z kim właściwie Elektra do końca się identyfikuje i czyich "interesów" chce bronić - matki czy ojca? Czy doprowadza do śmierci Klitemnestry metodycznie, czy raczej przypadkowo, z powodu przypływu frustracji? Darzy "zakazanym uczuciem" ojca, brata, czy może matkę?
Jedno jest pewne: reżyser nie uśmierca w ostatniej scenie Elektry. Zostają z Chrysotemis w domu same. Muszą dalej tam żyć i to jest najgorsze. Historia Elektry pozostaje otwarta.


Francuzki reżyser wydobył ze swoich artystów pełnię ich możliwości scenicznych. Evelyn Herlitzius tworzy rolę swego życia. Posługuje się jasnym, niemal dziewczęcym i jedwabiście miękkim głosem, a jej ciało nie ma chyba ekspresyjnych ograniczeń. Jest Elektrą niezwykle, że tak powiem, cielesną i zmysłową. Kulminacji sięga jej taniec wyglądający jak atak epilepsji bądz histerii...
Waltraud Meier jest  doświadczoną wykonawczynią Klitemnestry, którą wciąż śpiewa na największych scenach i najważniejszych festiwalach. Nigdy nie byłem entuzjastą niemieckiej sopranistki, uważam, że jej renoma, zwłaszcza we Francji, jest nieco przesadzona, ale muszę jej oddać, że, mimo balastu doświadczenia, w jej kreacji u Patrice'a Chereau nie ma cienia manieryzmów. Wpisała się perfekcyjnie w koncepcję reżysera, a kameralny rozmiar sceny w Aix pozwala jej śpiewać bez dyskomfortu, którym był jej późniejszy występ w tej roli w przepastnej Opera Bastille.
Zapewne można mieć jakieś drobne zastrzeżenia do Adrianny Pieczonki w roli Chrysotemis:  jej głos brzmi miejscami zbyt twardo, a "góry" są siłowe, ale to drobiazgi gdyż jej występ jest też kreacją wokalno-aktorską od początku do końca.
Wszystkie, nawet małe role, zostały tu obsadzone świetnie, a wśród nazwisk niespodziewanie odnajdujemy legendarną Robertę Alexander w roli V Służebnicy czy Renate Behle (Nadzorczyni), nawiasem mówiąc, mamę i nauczycielkę znakomitego niemieckiego tenora - Daniela Behle.


Obraz byłby niepełny gdyby za pulpitem dyrygenckim nie stanął Esa Pekka Salonen. I to już jest czysta magia. Fiński maestro poprowadził "Elektrę" zjawiskowo - każdy niuans psychologiczny, każdy moment i zwrot akcji znajduje ekwiwalent w partii orkiestrowej. Nawet więcej: dyrygent najwidoczniej współkreuje z reżyserem tę wyjątkową, ale i kompletną wizję "Elektry" Ryszarda Straussa. Finalmente!

sobota, 13 września 2014

Kamil Majchrzak

 JEST zaledwie osiemnastolatkiem. Na korcie momentami przypomina rozkapryszonego dzieciaka - rzuca rakietą, gdy mu nie wychodzi gra, po zepsutym woleju czy wyrzuconym forhendzie, na cały głos krzyczy do siebie: Ty debilu! Ciągle gestykuluje, coś mówi do swojego trenera, a nagle, po fantastycznym zagraniu, uśmiecha się od ucha do ucha, a wraz z nim cały kort.  Kamil Majchrzak. Najnowsza nadzieja polskiego tenisa. Mistrz wielkoszlemowego US Open w grze podwójnej chłopców z 2013 roku. Bo wtedy Kamil występował jeszcze jako junior. Od pewnego czasu przepoczwarza się z tenisowego baby w zawodowego gracza. Ten proces przebiega imponująco, bo w marcu tego roku wygrał zawody ITF w Kartagenie, w lipcu, w tej samej kategorii ITF Men's Circuit, triumfował w Michalovcach.
 Nic zatem dziwnego, że Kamil, mimo jeszcze bardzo niskiego rankingu ATP, był dla wielu kibiców jedną z  gwiazd Pekao Szczecin Open - największego międzynarodowego turnieju tenisa męskiego w Polsce.
Szczeciński challenger odbywa się od ponad dwudziestu lat, a przez turniej przewinęli się, na różnych etapach kariery, tak wybitni zawodnicy jak Nikolaj Dawidienko, Stan Wawrinka, Gael Monfils, tutaj występowali świetni polscy gracze - Łukasz Kubot, Jerzy Janowicz, swoją wielką karierę rozpoczynał debel Frystenberg-Matkowski.
Korty ziemne usytuowane są na obrzeżach śródmieścia, w willowej i pełnej zieleni dzielnicy, szczególnie wieczorne mecze, przy sztucznym świetle i zaglądających na kort centralny starych rozłożystych drzewach, mają niepowtarzalny klimat, którego nie jest w stanie oddać przekaz telewizyjny.


Nie ukrywam, że wybrałem się do Szczecina przede wszystkim po to, żeby, po raz pierwszy, zobaczyć Majchrzaka w akcji. Zawodnik mówił na konferencjach prasowych, że na Pekao Open przyjechał zmęczony, "na oparach paliwa", ale włoży do gry całe serce. I tak też było. Kamil rozgrywał w Szczecinie ciężkie trzysetowe pojedynki. Doszedł do ćwiećfinału w którym odpadł z wysoko tu rozstawionym Dustinem Brownem - bardzo sprawnym i błyskotliwym zawodnikiem, który wygrał w tym roku z samym Rafą Nadalem podczas prestiżowego turnieju w Halle.
Ćwierćfinał szczecińskiego turnieju to, jak dotąd, największe osiągnięcie osiemnastolatka z Piotrkowa Trybunalskiego w rozpoczętej właśnie karierze seniorskiej.
Kamil prezentuje styl gry, którego nie jestem fanem. Zawodnik stoi przede wszystkim za linią końcową, sporadycznie wchodzi w głąb kortu - stawia przede wszystkim na regularne przebijanie piłki, a w dogodnym momencie przechodzi do ataku, którym chce zdobyć punkt. Nie kreuje gry. I pewnie dlatego bywa określany "Polskim Djokovićem". Mam jednakże nadzieję, że chłopak zdaje sobie sprawę jak mordercze treningi wytrzymałościowe i diety stosuje serbski gwiazdor, by prowadzić tak eksploatującą grę obronną. O Rafie nie wspominając.
Wolę tenis szybszy, bardziej atakujący i ryzykowny. Uwielbiam tzw. chodzenie do siatki i zdobywanie punktu np. wolejem lub energetycznym, pełnym adrenaliny smeczem. Nie przepadam za ustawiczną grą z głębi kortu, bo często przypomina to gumę do żucia dla oczu. Zawsze więc będę większym zwolennikiem tenisa Rogera Federera niż Djokovića i Nadala. Ale potrafię docenić mozolne wypracowywanie przewagi sytuacyjnej i niespodziewany atak w wolne miejsce kortu. I to potrafi nasz Kamil. Jeszcze jest w jego tenisie bardzo dużo luk - gra na zbyt sztywnych nogach, wiele punktów chce wygrać "na stojąco". Kurczowe trzymanie się strefy za linią końcową powoduje, że wiele reaktywnych piłek po prostu się zatrzymuje  na siatce lub są zbyt łatwe dla przeciwnika. Jednakże jest zawodnikiem inteligentnym, błyskotliwie operuje piłką, sporo widzi na korcie i w związku z tym miewa kapitalne pomysły na atak - problem w tym, że wiele z tych ładnie wymyślonych zagrań, w kluczowych momentach psuje, jak np. w przegranym w Szczecinie meczu z Dustinem Brownem.


Czy talent tenisowy Kamila nie ulegnie rozproszeniu z powodu problemów z koncentracją i opanowaniem nerwów na korcie? Nie mamy jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Ale znamy przykłady w polskim tenisie, gdy wielki talent musiał skapitulować po ciągłej walce z presją psychiczną. Z tego powodu nigdy nie rozwinął kariery singlisty, na jaką zasługiwał, Łukasz Kubot - wspaniały gracz ofensywny, błyskotliwy woleista, mistrz Australian Open w grze podwójnej. Problemy psychiczne powiązane z ciągłymi kontuzjami, rujnują karierę utalentowanej Urszuli Radwańskiej, siostry słynnej Agnieszki.
Jak będzie z Kamilem Majchrzakiem? Wszystko zależy jak szybko dojrzeje i okrzepnie w zawodowym tourze, a przede wszystkim jakich profesjonalistów spotka na swojej drodze. Na razie Kamil ma odważne plany. Na konferencji prasowej w Szczecinie powiedział, że odłożył trochę pieniędzy i zamierza w siebie zainwestować, by awansować w rankingu. Do końca roku planuje kilka ważnych startów, m.in w Ameryce Południowej.


Nie sposób jeszcze nie wspomnieć o świetnym występie innego młodziutkiego polskiego tenisisty- 17 letniego Jana Zielińskiego z Warszawy, który wraz z Kamilem, grał w deblu o awans do półfinału szczecińskiej imprezy. Mecz chłopcy wprawdzie przegrali z doświadczonym i o dziesięć lat starszym duetem australijsko-nowozelandzkim, ale pierwszego seta zdobyli w dużym stylu, a Zieliński pokazał świetne, pełne wyobraźni zagrania. Uwaga, talent!

wtorek, 9 września 2014

Prawie wielcy, smutno przegrani

   

  Turniej wielkoszlemowy US Open 2014 przeszedł do historii. O ile w turnieju kobiecym, zgodnie z planem i przewidywaniami, wygrała Serena Williams o tyle mężczyzni zgotowali w tym roku absolutną sensację. A właściwie jeden z nich -  Marin Cilić. 26 letni Chorwat wygrał turniej wielkoszlemowy po raz pierwszy w karierze.
 Ale, moim zdaniem, na jeszcze większą uwagę zasługują wielcy przegrani tegorocznego turnieju.
 Dunka polskiego pochodzenia-Karolina Wozniacka-rozegrała najlepszy turniej od czasów gdy przez wiele miesięcy była numerem jeden kobiecego tenisa. Ale już wtedy wielu komentatorów kpiło z niej, że fotel liderki zajmuje zawodniczka, która nie może się pochwalić przynajmniej jednym tytułem wielkoszlemowym. W 2009 Karolina osiągnęła finał US Open, który przegrała z legendarną Kim Clijsters. W tym roku, po ponad dwu latach stałego obniżania poziom gry i spadku w rankingu, Wozniacka ponownie stanęła przed szansą wygrania turnieju wielkoszlemowego. Znowu osiągnęła finał w Nowym Jorku.
Oddajmy Dunce sprawiedliwość. W swojej grze dokonała swoistej transgresji. Wydobyła typowe dla siebie walory - szczelną defensywę polegającą na świetnym bieganiu po korcie i odbieraniu prawie wszystkich piłek - a dodała do nich atak w doskonale wypracowanych przewagach sytuacyjnych, szczególnie widoczny w forhendowym uderzeniu wzdłuż linii lub w dobrym zachowaniu przy siatce, co było przez dłuższy czas ogromnym mankamentem Karoliny. Apogeum  znakomitej gry kombinacyjnej nastąpiło podczas meczu Wozniackiej z Marią Szarapową w czwartej rundzie. Właśnie ten mecz pozostawił wrażenie, że duńska zawodniczka jest już gotowa, by wreszcie sięgnąć po tenisowe złoto. Ćwierćfinałowy mecz  z Sarą Errani, gdzie pozwoliła Włoszce wygrać zaledwie jeden gem, tylko wzmocnił to odczucie. Spotkanie półfinałowe z rewelacyjną Chinką Shuai Peng było wprawdzie trudne, pojawiły się w grze Wozniackiej lekkie oznaki zmęczenia, ale to przecież naturalne.
I gdy byliśmy pewni, że Karolina, która ostatnio, jako jedna z nielicznych, była w stanie skruszyć siłę tenisa Williams, przynajmniej w jednym secie, tym razem postawi kropkę nad "i"  - finałowy występ Dunki okazał się bardzo rozczarowujący. Moim zdaniem Wozniacka okazała się klasycznym przykładem strachu przed wygraną. A gdy pojawia się strach, presja i nadmotywacja tenisistka defensywna i bierna z natury - wraca w meczu o wielką stawkę do swych korzeni. Karolina, podobnie jak nasza Agnieszka Radwańska, przebiła krótkie piłki na środek kortu, które Williams bezwzględnie atakowała. Podobnie jak jej krakowska przyjaciółka, Karolina postawiła w tym meczu na grę zachowawczą i bojaźliwą. W każdym innym meczu, przy takiej dyspozycji jak obecnie, Wozniacka najprawdopodobniej doprowadziłaby przynajmniej do trzeciego decydującego seta. Szkoda.


   Mam wrażenie, że coś podobnego się przydarzyło finaliście męskiego turnieju. Kei Nishikori grał w tegorocznym US Open fantastyczny tenis, który pozwolił mu wygrać z takimi przeciwnikami jak Milos Raonić, Stan Wawrinka czy Novak Djoković. I wszystko się rozpadło jak domek z kart w najważniejszym meczu o tytuł. Japończyk nie potrafił wejść na swoje najwyższe obroty. Grał nie o triumf, lecz o przetrwanie i doczołganie się do końca meczu. Co było tego powodem: brak rezerw fizycznych po ciężkich meczach w trakcie turnieju, czy ugięcie się pod presją psychiczną? Odpowiedz zna tylko on i jego współpracownicy. Temu wyjątkowemu tenisiście przychodzi tylko życzyć, żeby finał US Open nie okazał się jego jedynym i największym sukcesem. Bo stać go na wszystkie szczyty.


  Marin i Kei awansowali do top 10 rankingu ATP. Obaj mają szansę na występ w kończącym sezon turnieju Masters w Londynie.
Karolina, dzięki finałowi US Open, zajęła dziewiąte miejsce  rankingu WTA. I będzie się, być może, liczyła w walce o występ w kobiecym odpowiedniku Masters w Singapurze.


niedziela, 7 września 2014

US Open Tak, bohaterowie są zmęczeni!

KILKANAŚCIE dni temu swój wpis, poprzedzający ostatni turniej wielkoszlemowy w sezonie - US Open - zatytułowałem "Bohaterowie są zmęczeni?". Mimo wszystko do końca nie wierzyłem, że w decydujących dniach nowojorskiego turnieju, będzie musiała paść odpowiedz twierdząca.
Czołówka męskiego tenisa, na naszych oczach, przechodzi wstrząsy tektoniczne. Bo nr 2 rankingu ATP Rafael Nadal, z powodu kontuzji, do Nowego Jorku nie przyjechał i nie podjął się obrony ubiegłorocznego tytułu. W drugim tygodniu odpadli z rozgrywek tacy gwiazdorzy jak mistrz Australian Open 2014 Stan Wawrinka i wieloletni mieszkaniec top10 - Tomasz Berdych.

   Prawdziwe trzęsienie ziemi nastąpiło jednak w sobotę, 6 września, gdy rozegrane zostały dwa półfinały. W pierwszym, po czterosetowej batalii, wyższość Japończyka Keia Nisikori musiał uznać nr 1 światowego tenisa - Novak Djoković. I gdy się wydawało, ba, większość obserwatorów była pewna awansu do finału Federera, który, zdaniem komentatorów, miałby bardziej niż duże szanse na 18 tytuł wielkoszlemowy w karierze, po  starciu z niedoświadczonym i chwiejnym kondycyjnie Japończykiem, rzeczywistość napisała najbardziej niebywały scenariusz od lat.
Oto o tytuł mistrza US Open zagrają tenisiści drugiego planu - Marin Cilić i Kei Nishikori.
Powiem tak: mam osobistą satysfakcję z  sukcesu 25 letniego gracza z Japonii. Jego karierę obserwuję od jakiegoś czasu  i uważam go za jednego z najinteligentniejszych i finezyjnych tenisistów obecnego Touru. Mimo umiarkowanych warunków fizycznych ("zaledwie" 178 cm wzrostu, raczej drobna budowa) Kei potrafi w kluczowych momentach zaordynować przeciwnikowi serwis nie do odbioru lub na tyle wyrafinowany, że partner po drugiej stronie siatki znajduje się w potrzasku. Nishikori jest przy tym w stanie  prowadzić długie wymiany, błyskawicznie przechodzić z obrony do ataku, szybko odnajdywać kąty i miejsca na korcie do których posyła zabójczą piłkę, gra poprawnie we wszystkich strefach pola gry także przy siatce.
Co jest jednak problemem Japończyka, co powoduje, że dopiero teraz zawalczy o pierwszy wielkoszlemowy tytuł? Kondycja fizyczna, a co za tym idzie problemy zdrowotne. To one zablkowały mu drogę do triumfu w prestiżowym turnieju w Madrycie tego roku, gdy, po deklasacji Nadala, w pewnym momencie meczu, musiał odpuścić i dograć spotkanie nie mogąc się właściwie poruszać. Jak to się czasem mawia: grał na operach paliwa.  Z tego powodu, ja i wielu innych miłośników dyscypliny, nie braliśmy sympatycznego Japończyka pod uwagę jako kandydata do nowojorskiego szlema. Oczywiście, przewijał się w gronie "czarnych koni" i "outsaiderów", ale murowani kandydaci byli dwaj: Serb Novak Djoković i Szwajcar Roger Federer, dlaczego zawiedli?

Moim zdaniem obaj przede wszystkim swoich rywali zlekceważyli. Djoković bardzo wierzył w swoje wszechstronne przygotowanie fizyczne, które od paru sezonów go nie zawodzi, które pozwala mu wyjść zwycięsko z wielogodzinnych maratonów i walki na zamęczenie przeciwnika. Tym razem jego plan zawiódł. Nishikori nie dość, że lepiej zniósł 35 stopniowy upał na korcie, to jeszcze zdominował Serba taktycznie i mentalnie. Japończykowi udało się przełamać serwis Novaka  w decydującym czwartym secie, a następnie skupiał się na swoich gemach serwisowych. Zarządzał swoimi zasobami energetycznymi subtelnie i bezbłędnie. Mam wrażenie, że serbski mistrz długo nie czytał taktyki swego przeciwnika.  Novak, w tym upale i pod taką presją japońskiego kolegi, nie wytrzymywał swego, zwykle skutecznego, obronnego przebijania zaś ataki były pospieszne, nieprzygotowane i nieprecyzyjne. Musiał przegrać.
  Nieco podobna była sytuacja w drugim półfinale - tyle, że krótszym, trwającym przepisowe trzy sety.

Federer, podobnie jak Djoković, bardzo wierzył w swoją przewagę popartą zdobyciem siedemnastu szlemamów i ponad 70 milionami dolarów zarobionymi na kortach całego świata. Na korcie jednak osiągnięcia, honoraria i kontrakty reklamowe nie grają i nie mają, w konkretnym meczu o stawkę,  znaczenia. Liczy się kondycja dnia.  Cilić zmiażdżył tenis szwajcarskiego Maestro atomowym serwisem. Roger był pewien, że tę chorwacką nawałnicę przetrzyma, że przeciwnik spali paliwo i wtedy On - mistrz wyrafinowanego ataku - postawi decydującą kropkę nad i. Niestety. Federer był spóźniony do większości piłek Chorwata.  Bierne czekanie na zmianę wydarzeń kosztowało 33 letniego Federera zmarnowanie jednej z ostatnich szans w karierze na zdobycie osiemnastego tytułu w Wielkim Szlemie.
Czeka nas ekscytujący finał o którym nikomu, przed US Open, się nie śniło.
Jeśli Marin Cilić pojawi się w poniedziałkowym finale - w takiej dyspozycji jak w meczu z Federerem - może być autorem bodaj największej sensacji w męskich tenisie od lat. On - jeszcze niedawno obarczony podejrzeniami o stosowanie dopingu - zdobywa największe trofeum w tenisowej karierze.
Kei Nishikori należy jednak do bardzo rzadkiego gatunku "cichych zabójców". To tenisita, który się na korcie czai, osacza, buduje misterną pajęczynę w którą "ofiara" wpada niepostrzeżenie, zanim zdąży się zorientować, że jest już po wszystkim. Aby się tak stało Kei musi zagrać na swoim szczytowym poziomie, a do tego wyjść na kort świeży i w pełni zregenerowany po ciężkich i wielogodzinnych meczach w poprzednich rundach. Niech się dzieje!

sobota, 30 sierpnia 2014

Berliński "Trubadur" już na DVD


TO  było chyba jedno z największych wydarzeń operowych 2013 roku. Zwykle na widowniach berlińskich teatrów operowych panuje luz w strojach i pozach. Tym razem jednak audytorium skromnego Schiller Theater, gdzie od wielu już lat rezyduje z powodu remontu Staatsoper Unter den Linden, przypominało inaugurację sezonu w La Scali.
 Bilety się rozeszły  błyskawicznie, a wkrótce na czarnym rynku szybowały i szybowały, wielokrotnie przekroczyły średnią  polską płacę.
Powody takiego stanu rzeczy były dwa: Primadonna assoluta naszych czasów, Anna Netrebko, miała śpiewać swą pierwszą Leonorę zaś barytonowej partii hrabiego Luny podjął się Tenorissimo Domingo, niegdyś wielki Manrico. I trzeci sprawca wydarzenia: Daniel Barenboim, zdaje się (choć nie jestem pewien - może ktoś skoryguje?), po raz pierwszy dyrygował "Trubadurem" Giuseppe Verdiego.
 Może trochę dziwić, że Deutsche Grammophon zdecydowała się opublikować na DVD właśnie berliński spektakl. Dlaczego nie poczekali z kamerami i mikrofonami do sierpniowych spektakli w Salzburgu, gdzie wystąpiły obie gwiazdy, a kształt sceniczny był mniej kontrowersyjny, a bardziej przekonujący?
   Spektaklowi Philippa Stolzla, zapatrzonego po części w Achima Freyera, ale też, niestety, w Hansa Neuenfelsa, nie można odmówić pewnej charyzmy. Umiejscowił protagonistów na scenie przypominjącej obrotową kostkę (losu?), obrazy są mocno wystylizowane o inspiracjach płynących z areny cyrkowej i malarstwa Velazqueza, ale fryzura Leonory, jako żywo, przypomina mi jedną z bohaterek serialu "Gra o tron". Stolzl z istną wirtuozerią przygotował scenę w której pojawia się Azucena z cygańskim obozem - imponująca feeria rytmu, ruchu, kolorów i energii.  Leonora przypomina lalkę z zaprogramowanymi pozami i "pięknym śpiewem". Całość daje poczucie oglądania ożywionego komiksu bez potrzeby wyjaśniania znaczeń i intencji. Nie ma tu patosu i fatum losu - raczej szaleństwo i zabawa, czasem parodia, niekiedy scena przypomina mieszankę grozy i absurdu z filmów Tima Burtona. Wyobrażam sobie co miałby do powiedzenia na temat tego przedstawienia maestro Riccardo Muti, który, panując przez lata w La Scali, postanowił chronić skarby włoskiej kultury, czyli dzieła Verdiego, przed barbarzyńskim okaleczaniem panoszącym się w zagranicznych, przede wszystkim niemieckich, teatrach. Zapewne wizję pana Stolzla, jako realizator operowy znanego chyba tylko w kręgu niemieckojęzycznym, Muti uznałby za jeden z drastycznych przykładów zamachu na włoską kulturę.
Niemiecka publiczność jednak wiele już widziała, jak choćby w sąsiedniej Deutsche Oper, przy tej samej ulicy, "Rigoletta", którego inscenizacja Hansa Neuenfelsa straszyła do niedawna pomalowaną na czarno Gildą na bezludnej wyspie pod sztuczną palmą.
Jednak muszę przyznać, że przedstawienie Stolzla lepiej wygląda na DVD niż na żywo. Oczywiście, najważniejsza jest zawartość muzyczna i ta nie rozczarowuje. Jest najważniejszym powodem, by wydać na to nagranie ciężko zarobione pieniądze. Daniel Barenboim nie kojarzy się nam z Verdim. Raczej z Wagnerem. I chyba daje się to odczuć, choć z drugiej strony warstwa orkiestrowa nabiera momentami całkiem pożądanych ciemnych otchłani i ciężaru. Trzeba też przyznać, że Barenboim bardzo opiekuńczo traktuje śpiewaków. Pozwala Netrebko spokojnie rozwijać frazę i cieniować dynamikę zaś Placida Domingo chroni przed katastrofą wokalną gdy ekstenorowi wyraźnie, w wielu miejscach, brakuje oddechu.
   Przed spektaklem w Berlinie Anna Netrebko prosiła publiczność o wyrozumiałość z powodu przeziębienia. Ale w jej głosie nie było śladu niedyspozycji. Śpiewała wspaniale. Mimo, że z powodzeniem rolę Leonory wykonują aktualnie m.in Sondra Radwanowski i Anja Harteros, Nerebko nie ma, moim zdaniem, w tej chwili konkurencji. Nie wiadomo czym bardziej się zachwycać: eterycznymi pianami, księżycowym blaskiej w ari "Tace la notte", mistrzowskim legato i mezza voce,  sztuką światłocienia czy dużą paletą kolorów. Po Marii Callas w latach 50, Leontyne Price w 60, Rainie Kabaivanskiej w latach siedemdziesiątych - mamy w naszej epoce wielką Leonorę.

   Na zbliżonym do Netrebko poziomie sytuuje się  Marina Prudenskaja w roli Azuceny. Jej mezzosopran, być może, brzmi momentami zbyt jasno i młodo, ale interpretacja stoi na wysokim poziomie. W każdej sylabie i frazie czuje się narastające szaleństwo. Można się dziwić, że artystka nie rozwija większej międzynarodowej kariery.


Rumuński bas, Adrian Sampetrean, którego podziwiałem tego lata  jako Selima w "Turku we Włoszech" w Aix, wyrasta na jednego z obiecujących śpiewaków na europejskich scenach. Jest błyskotliwym Ferrando (znakomite rubato) zapewniając dobre dobrego początki.
Gaston Rivero śpiewa subtelnie i stylowo rolę Manrica.
Placida Domingo w roli hrabiego Luny ratuje od klęski przede wszystkim wrodzona charyzma i ogrom doświadczenia. Pod względem wokalnym jest więcej niż nierówny, zmuszony jest dobierać oddech w miejscach nieprzewidzianych przez kompozytora, jego głos w żadnej mierze nie przypomina verdiowskiego barytona. Jednakże duet z Netrebko w pierwszej scenie czwartego aktu zasługuje na uznanie.
Po opadnięciu kurtyny zapanował ogromny aplauz przede wszystkim dla Anny Netrebko - najlepszej Leonory od wielu lat.


środa, 27 sierpnia 2014

Dwa debiuty i róża z kolcami...

"KAWALER z różą"  Ryszarda Straussa i festiwal w Salzburgu to niejako związek frazeologiczny. Tak bardzo, tak ściśle jest powiązana ta fascynująca, także przez swoje dramaturgiczne pęknięcia, komedia liryczna w rytmie wiedeńskiego walca, przełamanego wagnerowską ociężałością, z miastem Mozarta. Dla jednych bohaterką jest  nowe wcielenie Mozartowskiej Hrabiny, dla innych Octavian i Sophie, a pomiędzy nimi róża i jej płatki, których opadanie imituje partia orkiestrowa, wreszcie dla sporego grona odbiorców centralną postacią jest Baron Ochs, emblemat testosteronu, prostej, by nie rzecz prostackiej rubaszności - niektórzy chcą w nim widzieć wariant Falstaffa.
 Tak czy siak - "Kawaler" ma w Salzburgu niezwykłe tradycje, bo tutaj legendarne spektakle w 1960 roku poprowadził Karajan, tu olśniewały dwie niedościgłe Marszałkowe - Elisabeth Schwarzkopf i Lisa Della Casa. W tym roku, bodaj po raz pierwszy od realizacji Roberta Carsena w 2004 roku, włączono do festiwalowego programu nową produkcję podpisaną przez sędziwego  Harry'ego Kupfera. Ten już ikoniczny reprezentant niemieckiego teatru reżyserskiego w operze, przygotował zaskakująco nijaką wizję "Kawalera". Wielkie zdjęcia wiedeńskich wnętrz pałacowych, parków i skwerów rzucone na tło sceny przepastnego festspielhausu, trochę gustownych szarości i bieli na scenie, przejawiających się w kostiumach i stylowych meblach...Miałem wrażenie, że oglądam inscenizowany koncert.
Najwidoczniej muzeum jest w tym roku w Salzburgu w cenie. Ale o ile muzealne klimaty otuliły "Trubadura" Verdiego warstwą ożywionej konwencji o tyle w przypadku "Kawalera" otrzymaliśmy spektakl tyleż długi, co nudny. Na szczęście nie do końca. Bo do Salzburga przyjechało dwoje debiutantów w Straussowskim arcydziele (?).
Przede wszystkim duże wrażenie zrobił na mnie znakomity austriacki bas-baryton Gunter Groissbock. Na dobrą sprawę ten 38 letni artysta, pod względem ekspresji teatralno-muzycznej, stanął w centrum przedstawienia. Do tradycyjnych cech Ochsa dodał jakąś  kocią miękkość co, w warstwie ruchowej, jest imponujące zważywszy, że mamy do czynienia z potężnym i umięśnionym chłopiskiem. Kreacja Groissbocka graniczy z parodią i muszę przyznać, że mi smakuje.


Drugi debiut przypadł w udziale wybitnej bułgarskiej śpiewaczce, Krassimirze Stojanowej, która zaśpiewała w Salzburgu swoją pierwszą księżną Werdenberg. I, przyznajmy, był to debiut świetny, który przyniósł nam od razu jedną z trzech najlepszych dzisiaj Marszałkowych - obok Renee Fleming i Anji Harteros. Jedyne co mógłbym leciutko zarzucić Bułgarce, subiektywne wrażenie, to brak charyzmy jej dwóch słynnych koleżanek. Stojanowa jest zwykłą kobietą, której uroda i najlepsze lata bezpowrotnie mijają. Nie tyle arystokratka, co pani, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, z klasy średniej.
Pod względem wokalnym Stojanowa jest znakomita. Dysponuje srebrzystym, gęstym sopranem, jest swobodna w dolnych dźwiękach i niemieckiej wymowie. W jej śpiewie słyszymy jesienną mgłę melancholii, smutek w uśmiechu, pełną godności zgodę na przemijanie. Pałeczkę przekazuje młodej i świeżej Sophie - szkoda tylko, że, poza ładnym wyglądem i dobrą grą, niewiele, pod względem wokalnym, ma nam do zaoferowania Mojca Erdmann. To chyba jedna z gorzej śpiewanych Sophie wśród tych, które dotąd słyszałem.


Oczywiście, znakomicie na afiszu prezentowało się nazwisko Sophie Koch - najlepszego w jej pokoleniu Octaviana. Nie jestem już w stanie policzyć produkcji "Der Rosenkavalier" w których Francuzka w minonych latach wystąpiła. Ale, trzeba przyznać, że ta ilość występów w roli daje o sobie znać i to niekoniecznie w najlepszym wydaniu. Interpretacja była przekonująca, ale usłyszałem też zmęczenie i nadmierną rutynę.


Bardzo nieszczęśliwie obsadzono Stefana Popa w roli Włoskiego Śpiewaka. Wydaje mi się, że początkowo widziałem w obsadzie Lawrence'a Brownlee...Ale chyba Salzburg mógłby pozwolić sobie na luksus obsadzenia w tym atrakcyjnym wokalnie epizodzie kogoś na miarę Josepha Calleje czy Vittoria Grigolo? Tymczasem dostaliśmy jakąś karykaturę Pavarottiego.
Franz Welser Most prowadzi Wiedeńskich Fiharmoników trochę jak można określić całe przedstawienie: luksusowa rutyna. Z kanału orkiestrowego dźwięk płynie urodziwy, wszystko brzmi jak należy - tylko nie ma w tym polotu o magii nie wspominając. I, mam wrażenie, że maestro trochę zagłuszał śpiewaków.
Nie przejdzie ten "Kawaler", zdaje się, do festiwalowych annałów, ale z pewnością powinien być początkiem pochodu Krassimiry Stojanowej w roli Marszałkowej przez czołowe sceny świata.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Bohaterowie są zmęczeni? Odliczanie do US Open

A więc wszystko przed nami! 25 sierpnia rusza w Nowym Jorku ostatni turniej wielkoszlemowy, jaki będzie?

Przyznam, że jest to najmniej lubiany przeze mnie szlem w sezonie. Atmosfera US Open to przeciwległy biegun eleganckiej zieleni Wimbledonu, ale także wydaje się być daleka, ze swą  hałaśliwością i brakiem zrozumienia dla koncentracji zawodników, od słonecznej wyspy na morzu zimy, czyli styczniowego Australian Open, gdzie publiczność jest też wyluzowana i radosna, ale nie w tak demonstracyjny i dyletancki sposób jak często  trybuny Flushing Meadows.
 Międzynarodowe mistrzostwa USA w tenisie rozgrywane są od, bagatela, 1881 roku. Obecny kompleks sportowy składa się z 33 kortów, główną areną jest Arthur Ashe Stadium z widownią dla ponad 22 tysięcy osób.
Jak, oczywiście, w każdym turnieju wielkoszlemowym,  rozgrywane są równolegle zawody mężczyzn i kobiet. Co ciekawe, te najważniejsze i najbardziej prestiżowe imprezy tenisowe w sezonie nie podlegają jurysdykcji organizacji tenisowych ATP (mężczyżni) i WTA (kobiety), lecz ITF, czyli Międzynarodowej Federecji Tenisowej. Z tego  powodu zabronione są np., podczas meczów damskich, wizyty trenerów w przerwach między gemami. ATP nie dopuszcza w żadnych zawodach podpowiedzi trenerskich, ale w spotkaniach pań odwiedziny trenerów na korcie są nagminne.


Ok. Jakie może być tegoroczne US Open? Czy najwięksi bohaterowie są już powoli zmęczeni dotychczasowym sezonem i rozbłysną nam nowe gwiazdy z drugiego, a nawet trzeciego szeregu? Jeśli idzie o męski Tour bardzo w to wątpię. Konkurencja wśród panów jest tak duża, poziom szerokiej czołówki tak wysoki i dystansujący resztę, iż można mówić o swego rodzaju, przepraszam za ewentualne przykre skojarzenia, zabetonowaniu tenisowej sceny. Jedno jest, być może, pewne: nieobecność światowego nr 2, Hiszpana Rafaela Nadala, bardzo wzmocni szansę na wymarzony osiemnasty tytuł wielkoszlemowy Rogera Federera. Szwajcarski Maestro, którego tenis immanentnie zawiera atak, wyjątkowo zle znosi, sportowo i mentalnie, potyczki z terminatorem obrony i uporczywego przebijania na drugą stronę, w skrócie: słynnym Rafą. Problem w tym, że w grze pozostał Novak Djoković, niedawny mistrz Wimbledonu - młodszy, szybszy, a przede wszystkim o wiele bardziej fizycznie wytrzymały od Federera, podobnie jak Nadal, nie kreujący gry, lecz czekający na możliwość ataku z kontry.
Reszta panów, szczerze mówiąc, raczej się nie liczy w walce o tytuł. Oczywiście, można sobie wyobrazić jakiś niesamowity wystrzał formy w połączeniu ze szczęściem Tomasza Berdycha z Czech - wiecznego mieszkańca top 10, niespełnionego tenisowego rzemieślnika. Nie jest wykluczona sensacja z udziałem np. "małego Nadala", czyli Dawida Ferrera, choć może większe szanse od powyższej dwójki ma tegoroczny mistrz Australian Open, Szwajcar Stan Wawrinka, choć ten gracz, mimo wielkiego życiowego sukcesu, zachował to z czego zawsze był znany: niestabilną formę i brak koncentracji w kluczowych momentach.
Trudno uwierzyć w sukces Andy'ego Murraya, który od triumfu na Wimbledonie w 2013 roku nie wygrał ani jednego turnieju mimo, że jest zawodnikiem na miarę największych. Są też "młodzi głodni", od niedawna w top10, o wciąż nie do końca sprecyzowanych możliwościach, których gra przynosi więcej pytań niż odpowiedzi - Bułgar Grigor Dimitrow i Kanadyjczyk Milosz Raonić. Większą siłę wszechstronnego talentu i szansę na przyszły pobyt w top3 rankignu ATP ma, rzecz jasna, Dimitrow, choć, podczas występów poprzedzających nowojorskie święto, nie imponuje formą.
Mamy też mistrzów drugiego planu - Łotysza Ernsta Gulbisa, Japończyka Keia Niszikori, czy niespełnionego "Mozarta tenisa" - Richarda Gasqueta - na którego Francuzi tak bardzo kiedyś liczyli, a który nie był w stanie i chyba już nie spełni tych nadziei.
Mamy też graczy o dużym potencjale, ale pogubionych, nie potrafiących dotrzeć do sedna swojej gry - Polaka Jerzego Janowicza i Australijczyka Bernarda Tomicza, tęsknym wzorkiem spoglądamy na nowe talenty - Australijczyka Nicka Kyrgiosa i Austriaka Dominika Thiema.
Moim zdaniem w finale Novak Djoković-Roger Federer tytuł zdobędzie Maestro. Niech się dzieje :)



  U pań sytuacja jest na papierze również przewidywalna, ale, pamiętajmy, to tenis kobiecy. Tu, by zacytować słowa piosenki, wszystko się może zdarzyć. Teoretycznie największymi i najsilniejszymi nazwiskami w kobiecym Tourze są: Amerykanka Serena Williams  i Rosjanka Maria Szarapowa. To one niby powinny rozegrać mecz finałowy, który następnie powinna wygrać Serena osiągając trzeci z rzędu tytuł w Nowym Jorku. Problem w tym, że forma w ostatnich tygodniach obu pań nie zachwyca. Williams, mimo dwóch tytułów w ramach US Series (Stanford i Cincinnati), rozgrywa mecze bez dawnej pewności i blasku. Pamiętajmy też, że ma już 33 lata, coraz częściej zdarzają się jej wpadki na wczesnych etapach turniejów wielkoszlemowych. Maria Szarapowa, mimo fenomenalnego sezonu na kortach ziemnych, zwieńczonego tytułem na paryskim Roland Garros, na Wimbledonie i podczas turniejów amerykańskich prezentuje się przeciętnie lub słabo. Jednakże obie  megagwiazdy równie dobrze mogą szykować cały swój potencjał sportowy i wolę walki właśnie na ostatni turniej wielkoszlemowy. I są w mocy znowu zdystansować peleton.


A kto się liczy w peletonie, w grupie pościgowej, kto może niespodziewanie stanąć na podium?
Nie wierzę w wielki wynik mistrzyni tegorocznego Wimbledonu Petry Kvitovej, tym bardziej wątpliwy jest sukces ubiegłorocznej finalistki Wiktorii Azarenki, która, otyła i bez formy, dawna liderka rankignu, coraz bardziej obniża loty. Niewątpliwie jednak będzie w NYC walczyć  o jak najlepszy rezultat, bo szybki wypad oznacza już definitywne załamanie się jej wielkiej kariery.
Nie miejmy też, niestety, złudzeń jeśli idzie o spektakularny sukces Agnieszki Radwańskiej, która ma zakodowane w głowie, że ten turniej jest dla niej niefortunny, "korty są dziwne", a atmosfera miasta bardziej skłania do zakupów i chodzenia po restauracjach niż walki na korcie. USO to jedyny turniej wielkoszlemowy w którym była "Dwójka" światowego rankingu nigdy nie osiągnęła nawet ćwierćfinału. I dojście do tego etapu w tym roku nie jest wykluczone, choć będzie trudne

Na dobry wynik mają szansę, moim zdaniem, Ana Ivanović i Caroline Wozniacki - być może nawet na półfinał. W walce o tytuł, obok Szarapowej i Williams, mogę się  niespodziewanie liczyć np. sensacja tego sezonu, 20 letnia Eugenie Bouchard i wiceliderka rankignu, Rumunka Simona Halep.
Oczywiście, jeszcze bardziej prawdopodobny jest sukces jakieś nastoletniej młódki - sporo ich na zapleczu szerokiej czołówki. Ale taki ewentualny sukces zatrzyma się, prawdopodobnie, najwyżej na półfinale. Nie wierzę w sensacyjną "nową Hingis" czy "nową Szarapową". Jeszcze nie teraz.
Moim zdaniem imprezę wygra  niezniszczalna i niezmordowana Tina Turner tenisa, czyli Serena Williams.  Ale jest to już coraz bardziej nużący scenariusz.


Trening Agnieszki Radwańskiej w Nowym Jorku, przed tegorocznym US Open:

https://www.youtube.com/watch?v=WTQZvBEOHyM