wtorek, 9 lutego 2016

Andżelika zamiast Agnieszki

  

To NASZA AGNIESZKA RADWAŃSKA miała, jako pierwsza, zdobyć tytuł wielkoszlemowy a nie tylko po części  NASZA ANGELIQUE KERBER! Agnieszka po przegraniu półfinału tegorocznego Australian Open z Sereną Williams (pierwszy set do zera) tłumaczyła jak zawsze: że Serena jest wielka, że poza zasięgiem kogokolwiek itd. Wtórował jej trener - Tomasz Wiktorowski.
Tym pewnie większym zaskoczeniem (zresztą to była światowa sensacja) było wygranie finału przez Niemkę o polskich korzeniach - A. Kerber. W finale Andżelika obnażyła luki tenisa i formy Williams. Udowodniła, że w każdej chwili i w każdym meczu można stoczyć wygraną walkę. A przede wszystkim pokazała co  znaczy nie przegrać meczu już w szatni! Nie od dziś wszakże wiadomo, że tenis to w dużej mierze gra psychologiczna, mentalna. Agnieszka, przy całym uznaniu dla jej talentu i wyników (bez precedensu w historii polskiego tenisa), mecze z Sereną Williams przegrywa prawie zawsze jeszcze przed spotkaniem. Na kort wychodzi nie po to by z nią wygrać, ale żeby uniknąć blamażu.
Trzy tenisistki - krakowianka Agnieszka Radwańska, Dunka mająca polskich rodziców Karolina Wozniacka i Niemka z polskich paszportem Andżelika Kerber - uchodzą za "paczkę polskich przyjaciółek" (zdarzają się wspólne wakacje i spotkania towarzyskie pomiędzy turniejami w których bywają rywalkami na korcie). Za najbardziej utalentowaną i "zainspirowaną" uchodzi Agnieszka: to jej zagraniami fascynuje się świat, jej mecze trafiają na listy "wydarzeń sezonu", to o niej się mówi  "Professora", " nowa Hingis", "Ninja". Ma na koncie wiele spektakularnych sukcesów (z tytułem WTA Finals w Singapurze na czele), ale tylko jeden finał turnieju wielkoszlemowego. Za mniej utalentowaną, ale bardziej pracowitą przez dłuższy czas uchodziła Karolina - nigdy nie wygrała turnieju wielkoszlemowego (dwa finały - to i tak lepiej od Agi), ale przez blisko rok była liderką rankingu (Agnieszka tylko chwilę numerem dwa). W tym tercecie Andżelika była do  30 stycznia 2016 ubogą krewną i szara myszką. Uchodziła za bardzo pracowitą, ale nie umywającą się pod względem do talentu do Agnieszki i Karoliny. Styczniowego wieczoru w Melbourne wszystko się zmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.


Nowa wielka gwiazda światowych kortów usunęła przyjaciółki w cień. Tym większy, że Wozniacka od wielu tygodni nie ma żadnych godnych uwagi wyników zaś Agnieszka Radwańska i jej współpracownicy po Australian Open jakby się zapadli pod ziemię.
Po sukcesie Kerber w polskich mediach nastąpiło dość śmieszne mierzenie polskości niemieckiej tenisistki. Bo mówi biegle po polsku, bo trenuje w Puszczykowie pod Poznaniem, bo lubi pierogi...Zupełnie jakby wszystkie niezrealizowane nadzieje i plany Radwańskiej  Kerber przejęła i sprezentowała polskim kibicom. Prawda jest jednak prozaiczna. Angelique, nawet jeśli związana z Polską poprzez pochodzenie i wizyty u dziadków i treningi pod Poznaniem, jest tenisistką niemiecką i na arenie międzynarodowej reprezentuje Niemcy. To tam dostała i dostaje wsparcie (szkoleniowcy, zgrupowania kadry itd.), z wielkimi tradycjami niemieckiego tenisa się identyfikuje  -  to Steffi Graf i Boris Becker, a nie Jadwiga Jędrzejowska czy Wojciech Fibak, są dla niej punktami odniesienia.
Sensacyjny kobiecy finał Australian Open nieco w cień usunął mecz mężczyzn w którym zwroty akcji momentami wprawdzie były, ale zakończył się jak zawsze: zwycięstwem Novaka Djokovića, sześciokrotnego mistrza AO.

Serena Williams, w wielkim stylu Mistrzyni, gratulowała koleżance pierwszego tytułu Wielkiego Szlema

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Tytus w Warszawie



ŁASKAWOŚĆ Tytusa to niewątpliwie jedna z najpiękniejszy a jednocześnie najbardziej niedocenianych oper W. A. Mozarta.  Bardzo chętnie profesjonalni recenzenci powtarzają gdzieś utartą opinię, że to partytura raczej marginalna, bardzo nierówna muzycznie i z niedorzecznym librettem. Podczas gdy w moim odczuciu substancja muzyczna, choć daleko jej do arcydzieł formatu "Don Giovanniego" czy "Wesela Figara", jest gęsta i mieniąca się niuansami, a scenariusz w powiązaniu z muzyką współtworzy poruszającą rzecz o władzy, przyjazni, uprzedzeniach, perfidii, egoizmie....
Tytus w jednym z momentów opery: "Jeśli wierności poddanych miłością nie zdołam zapewnić, to nie dbam o taką wierność, co będzie owocem strachu".  A w innym miejscu: "Zobaczymy, co okaże się bardziej wytrwała przewrotność innych, czy moja łaskawość".
Czy taka szlachetność serca, wspaniałomyślność władcy (a mówiąc dzisiejszym językiem: lidera politycznego) jest naiwnością, którą można dzisiaj tylko wyśmiać, czy może jednak jest realnym projektem, który jest w stanie uratować politykę jako czynienie pożytku publicznego i uwzględniającego interes publiczny przy zachodwaniu cech głęboko ludzkich, odruchów na wskroś humanitarnych?
Reżyser spektaklu w Operze Narodowej w Warszawie (koprodukcja z brukselskim La Monnaie gdzie ta wersja "Łaskawości Tytusa"  była prezentowana wcześniej) - Ivo van Hove - zdaje się odpowiadać twierdząco. Reżyser, nawet jeśli czasem nieco nadużywając, znakomicie posługuje się, zdawałoby się, ogranym pomysłem projekcji na dużym ekranie. Tym razem jednak ekran pozwała śledzić każdy gest śpiewaków, tworzy intrygujące napięcia między sceną a jej raz lustrzanym, innym razem selektywnym obrazem na ekranie. W wywiadzie dołączonym do ciekawego, jak zwykle w Warszawie, programu reżyser opowiada, że chciał pokazać "kulisy władzy", władzę i jej zaplecze, które nie może się ukryć przed okiem kamer, publiczności, mediów...
Tekst podany w takim kształcie scenicznym i z takimi akcentami interpretacyjnymi wydał się niezwykle żywy w naszej (polskiej, ale i szerzej: europejskiej) rzeczywistości. Dlaczego Polacy (a przynajmniej większość, która skorzystała z prawa wyborczego) potrzebują lidera pokroju Jarosława Kaczyńskiego podczas gdy w czas suwerenności i demokratycznych przemian wprowadzał nas takiej klasy polityk-humanista jak Tadeusz Mazowiecki? Dlaczego nie umiemy zawierać kompromisów, rozmawiać ze sobą, przyznać się do błędu, kontrolować egoizm i dostrzegać jego nieprzekraczalne granice?
Te ważne pytania znowu mi zadźwięczały w myślach po wybrzmieniu ostatniej frazy klarownego scenicznie, muzycznie i wokalnie spektaklu.
W obsadzie najmniejszych wątpliwości nie budziła znakomita Anna Bonitatibus (Sesto) - nieskazitelna stylistycznie i muzycznie, perfekcyjna wokalnie i interpretacyjnie. Obok niej bardzo doświadczony w partii tytułowej Charles Workman przez pierwszy i kawałek drugiego aktu rozgrzewał głos. Od początku do końca był to występ bardzo profesjonalny, ale pełną swobodę wokalną i wyrazową osiągnął w drugiej odsłonie i w finale.
Miejscowi artyści starali się dotrzymać kroku tym dwojgu. W bardzo trudnej wokalnie (skrajne nuty w dole i górze, gęsta średnica, wymóg elastyczności głosu etc) roli Vitelli obsadzono Ewę Vesin. Oczywiście bardzo łatwo ją skrytykować, ale i trzeba podkreślić, że walory, których brakowało tej śpiewaczce, są bardzo trudne do osiągnięcia. Nie każdy może być Julią Varady. Miałbym problem ze skompletowaniem choćby pięciu światowej klasy nazwisk, które miałyby szasnę podołać wszystkim wymogom tej partii - może ktoś z Czytelników ma propozycje?
Anna Bernacka była świetnym scenicznie i niezłym wokalnie Annio choć na "moim" przedstawieniu (21 stycznia) zdarzały jej się lekkie wahnięcia intonacji. Katarzyna Trylnik była kompetentną Servillą. A przy okazji wspomnę, że wciąż w uszach mi brzmi Anna Netrebko, która u progu wielkiej kariery, zaśpiewała tę niewielką rolę w "Łaskawości" na scenie ROH...
Warto też podkreślić, że cała ekipa (z Bonitatibus na czele) była bardzo dobra w obfitych i niezwykle tu ważnych recytatywach.  Nigdy nie byłem świadkiem jakiegoś przesadnie wysokiego poziomu orkiestry i chóry Teatru Wielkiego, ale tym razem nie było powodów do narzekań nawet jeśli nie mieliśmy tu do czynienia z europejskim poziomem. Orkiestra i chór Opery Narodowej bardzo przyzwoicie wywiązała się z zadania pod solidną batutą Benjamina Bayl'a.
Gorące choć krótkie przyjęcie publiczności. Trochę mnie to zaskoczyło, bo przedstawienie z pewnością zasługiwało na dłuższy aplauz i wywoływanie śpiewaków.

 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Joanna z ołówkami



MEDIOLAŃSKA La Scala dawno tak triumfalnie nie otwierała swojego sezonu jak na początku grudnia 2015 roku. Nie było buczenia i nieprzychylnych wrzasków, które nie omijają w tym teatrze największych dyrygentów, śpiewaków czy reżyserów. Tym razem owacje były gorące i zgodne. Bo, istotnie, spektakl "Giovanna D'Arco" znalazł to, co w przedstawieniu operowym kluczowe: względną harmonię pomiędzy licznymi elementami tej skomplikowanej maszynerii. A nad wszystkim unosił się piękny i pełen wyrazu głos Anny Netrebko, która jest w zenicie swej mocy artystycznej.
  Niewiele wiemy (tzn. objętość literatury jest wprost proporcjonalna do wątpliwości a nawet pytań o istnienie Joanny D'Arc) o mitycznej postaci nastoletniej i niepiśmiennej Francuzki, która z podszeptu anielskich (bądź szatańskich) mocy zwycięsko poprowadziła francuską armię przeciwko Anglikom. W kulturze popularnej uwielbiamy dekonstruować takie mity. Luc Besson w swym słynnym filmie przedstawił Joannę jako schizofreniczkę. Tym tropem poszedł francusko-belgijski tandem reżyserski Moshe Leiser i Patrice Caurier. Przenieśli akcję ze średniowiecza do dziewiętnastowiecznego pokoju wrażliwej i najwyraźniej oczytanej nastolatki żyjącej pod czujnym okiem ojca.
I chyba nie tyle dogłębną analizę chorej psychiki bohaterki postawili sobie za punkt honoru realizatorzy ale, pomni Verdiowskiego "uniwersum", pragnęli pokazać złożone relacje córki i ojca.
Reżyserzy, znani z ekstrawagancji i przekraczania dobrego smaku  (m.in "Giulio Cesare" w Salzburgu), tym razem postawili na atrakcyjny sceniczny kształt (stylistycznie eklektyczny) gdzie współegzystują na jednym planie wieśniacy, wojsko, demony...Pokój Joanny zaludnia się nimi, odwiedza go w złotej zbroi król Karol, ściany niczym szpady przekuwają naostrzone monstrualne ołówki co ma zapewne dodatkowo sugerować, że niemal wszystko, co oglądamy, jest wytworem szalonej wyobraźni Joanny. Szczególnie efektowna jest, pojawiająca się wciąż w przestrzeni dziewczęcego pokoju, replika katedry w Reims...
Joanna jest dziewczyną bardzo religijną. Oczywiście Leiser-Caurier nie mogli się ustrzec tego wymiaru choć nie jest on w ich wizji pierwszorzędny. O opętanie demoniczne, zupełnie na poważnie jak w słynnym przypadku (także skonsumowanym przez kulturę popularną) Niemki Anneliese Michel (film "Egzoryzmy Emily Rose"), raczej nie jesteśmy skłonni Anny Netrebko podejrzewać. Bohaterka spektaklu cierpi raczej, jak w filmie Bessona, na jakiś uraz z dzieciństwa; histeria religijna dodatkowo się miesza z frustracją seksualną i silnym kompleksem ojca.
To i tak sporo tych wizualno-interpretacyjnych atrakcji jak na wątłość libretta i znaczną nierówność poziomu tkanki muzycznej. A jednak za sprawą mistrzowskiego kierownictwa muzycznego Riccarda Chailly (czyżby nowa epoka mediolańskiego teatru, na miarę Riccarda Mutiego?), znakomitej obsady wokalnej i spójnej wizji scenicznej, po 150 latach nieobecności, "Giovannę D'Arco" Giuseppe Verdiego udało się  podnieść do rangi wydarzenia godnego wielkich tradycji La Scali.
Anna Netrebko (Giovanna), po pierwszych niepewnych frazach, stopniowo wznosi się na szczyt swoich możliwości. Nie wiadomo co bardziej podziwiać - ogromne bogactwo harmoniczne i kolorystyczne jej głosu, wspaniałą, idealną w tej roli, elastyczność i płynność śpiewu czy wrażliwą i charyzmatyczną kreację sceniczną? Wszystko razem daje bodaj najlepsze z dotychczasowych osiągnięć rosyjskiej diwy.


Kroku dotrzymują jej panowie. Francesco Meli (Carlo VII) jest chyba najlepszym obecnie włoskim tenorem a ową włoskość słychać od pierwszych tonów. Jego głos jest dla mnie osobliwą mieszanką koloru jakim dysponowali Giuseppe di Stefano i Luciano Pavarotti. Meli nie ma żarliwości pierwszego i swobody drugiego, ale jego liryczny tenor, pełen złoto-ciemnych półtonów, w połączeniu z adekwatnością stylistyczną i zaangażowaniem wyrazowym wywiera silne wrażenie.
Trzecim bohaterem wokalnym jest z pewnością Devid Cecconi (jako Giacomo, ojciec Giovanny), który zastąpił, zazwyczaj niedysponowanego w takich sytuacjach, Carlosa Alvareza. Nie słyszymy tu pierwszorzędnego, pełnego splendoru, głosu, ale kreacja wokalno-sceniczna jest znacząca.
Tyle wyniosłem z przekazu telewizyjnego. Podobno przedstawienie odbywało się, tradycyjnie, także poza sceną. I nie chodzi tu o owe drogie, prawdziwe lub sztuczne, futra, koronowane i rządowe głowy z całego świata lecz o całą ponurą otoczkę dyktowaną przez aktualną kondycję świata, czyli kordony policji i służb antyterrorystycznych, wykrywacze metalu przy wejściu do teatru itd.
Inauguracja w Teatro alla Scala to, podobno, łakomy kąsek dla terrorystów. Jak ostatnio Paryż i zpewne parę innych miejsc...



poniedziałek, 11 stycznia 2016

Cyganeria na dwa głosy

  

    Sympatyczną inscenizację Australijki Lindy Hume pamiętałem jeszcze gdy berlińska Staatsoper rezydowała w swojej historycznej siedzibie przy Unter den Linden. "Lindenoper", wciąż w niekończącym się remoncie,  gnieździ się w małej sali Schillertheater przy Bismarckstrasse. Nawiasem mówiąc teatr o burzliwej historii - świadek ulicznych starć zachodnioberlińskich studentów z policją w 1968, inscenizacji Konrada Swinarskiego, wreszcie w latach 90 ofiar likwidacji , jako samodzielnej instytucji kultury, przy - znowu - ulicznych demonstracjach o zabarwieniu politycznym. Przekształcony w scenę impresaryjną zyskał przez ostatnie lata drugie życie jako "Staatsoper am Schiller Theater".
Ale ja nie o tym, lecz o wspomnianej "Cyganerii" - jednej z tych produkcji, które służą do szybkiego angażowania aktualnie modnych gwiazd. Pamiętam w tej realizacji młodego Rolando Villazona jak również już zdobywającego ogromny światowy rozgłos Jonasa Kaufmanna.
 Tym razem swoim fantastycznym Rodolfem obdarzył nas Joseph Calleja. Przyznam, że mam słabość do tego śpiewaka - nigdy nie przeszkadzało mi jego charakterystyczne wibrato i estetyka jak z płyty lat 20 dwudziestego wieku...To przy tym głos bezbłędnie brzmiący w sali operowej, o ujmującej i wzruszającej barwie. Tessitura roli Pucciniego wydaje się dla Maltańczyka idealna. Piękne modulacje, perfekcyjne frazowanie i malowniczo prowadzony głos powołuje do życia rzeczywiście zapomniany wokalny świat w którym królował Jussi Bjoerling...
Nieco w cieniu swego kolegi pozostała tym razem Sonia Jonczewa, która niemal równolegle z Mimi śpiewała w Staatsoper rolę Violetty z "Traviaty". Głos jest piękny, muzykalność bułgarskiej artystki (zadebiutuje wiosną w recitalu z orkiestrą na estradzie Filharmonii Poznańskiej) nie budzi wątpliwości. Jednakże mógł nieco rozczarowywać pewien chłód emocjonalny jej interpretacji. O tyle mnie to zaskoczyło, że fragment z "Cyganerii" był najlepszym i najbardziej obiecującym momentem debiutanckiej , jako całość niezbyt udanej, płyty recitalowej Jonczewej.
Rutynową, podobnie jak przed laty, Musettą była rosyjska śpiewaczka, na stałe związana z berlińskim teatrem, Anna Samuil. Wspominam o niej, bo kiedyś ta utalentowana artystka zapowiadała się na gwiazdę, która wypłynie na szerokie wody światowej kariery.
Za pulpitem dyrygenta stanął asystent Barenboima - Domingo Hindoyan. Nie zawsze odpowiednio budował dramaturgię poszczególnych obrazów i, co zaskakujące, jako mąż śpiewaczki (Jonczewej) miał czasem problem ze słuchaniem sceny. Wraz z rozwojem wieczoru impuls dramatyczny był coraz wyraźniejszy a całość nabrała muzyczno-wyrazowej spójności. Trudno jednak orzec, na podstawie tego jednego wieczoru, że mamy do czynienia z dyrygenckim talentem.
Calleja i Jonczewa otrzymali ogromny aplauz publiczności. Z pewnością, zwłaszcza w przypadku tenora, zasłużony.



środa, 6 stycznia 2016

Dwie Panie jeziora

Joyce DiDonato jako Elena w MET (luty 2015)

DWIE epoki rossiniowskiego śpiewu, choć oba nagrania dzieli  zaledwie nieco ponad dwadzieścia lat, i dwie czołowe sceny świata. Dwie rejestracje przedstawień "La donna del lago" G. Rossiniego z La Scali i Metropolitan Opera skłaniają do porównań. Kształt sceniczny, mimo, że przedstawienie mediolańskie firmuje sam legendarny Werner Herzog, odstawmy tym razem na bok. Cudów sceny w tym mocno statycznym dziele się nie wyczaruje a nade wszystko: nic tu nie zastąpi kompetencji technicznych i stylistycznych ze strony muzyków. Obie ekipy dzieli czas i ocean, ale łączy woski poziom kunsztu wokalnego nawet jeśli palmę lekkiego pierwszeństwa, może z sentymentu bo to smak nastoletnich inicjacji muzycznych, przyznaję La Scali z 1992 roku.
 Wspominam o dwóch epokach śpiewu, bo nikt z artystów ozdabiających afisz włoskiej sceny sprzed dwudziestu trzech lat właściwie już nie występuje.
Opera Rossiniego zanurzona już bardziej w romantycznych i szkockich mgłach (wszak pierwowzorem literackim jest poemat W. Schotta)  niż w śródziemnomorskich wyprawach Isabelli czy Tankreda stwarza przestrzeń dla emocjonalnej wirtuozerii zawartej w frazach, ozdobnikach i kunsztownej dynamice. Elena to uosobienie szlachetnej prostoty i czystych porywów serca, rzekomy Umberto (czyli  Giacomo, Re di Scozia) imponuje iście królewską godnością z jaką przyjmuje "zbanowanie" swych uczuć wobec protagonistki...Drugi istotny tenor (jako Rodrigo) zapewnia nam prawdziwie belcantowy "turniej tenorów"... Warto więc spędzić z dźwiękowym  wcieleniem tej atrakcyjnej partytury kilka godzin;  pod wszakże warunkiem, że dostajemy wykonanie wysokiej klasy.
Joyce Di Donato otrzymała za swoją nowojorską Elenę chyba same pochwały. Słusznie. Głos jest ciepły i zmysłowy, fraza prowadzona z kocią miękkością i zwinnością a te wszystkie "drobiazgi" po drodze jak koloratury, fioritury etc pokonuje z wysokim profesjonalizmem porządnej amerykańskiej szkoły wokalnej.
Jednak to jej starszą amerykańską koleżankę - June Anderson - otacza w 1992 roku prawdziwa aura primadonny. Mimo, że "głosu Colbran" raczej tu nie mamy, bo śpiewaczka dysponuje jasnym głosem i "doły" nie są oczywiste.
June Anderson w drugiej połowie lat 80 i w latach 90 była chyba na światowych scenach jedyną prawdziwą dramatyczną koloraturą (soprano drammatico d'agilita) - naturalnym pomostem do czasów Marii Callas a nieco pózniej  Joan Sutherland. Ani odnoszącej sukcesy Marielii Devii a tym bardziej Edycie Gruberovej nie sposób przyznać, moim zdaniem, takiego statusu. June Anderson jest tu chyba u szczytu swych możliwości wokalnych a pod batutą Riccarda Mutiego daje popis swej biegłości technicznej, niezrównanego legata i intuicji stylistycznej. To prawdziwa diwa bel canta nagrodzona zresztą za finałową  "Tanti affetti" frenetyczną owacją mediolańczyków. W tym samym mniej więcej okresie June Anderson prezentuje swoje inne wielkie kreacje tego repertuaru - "Łucję z Lammermoor" (Mediolan, Paryż, Nowy Jork) czy Semiramidę (Nowy Jork, u boku Marilyn Horne).
Dwa Malcolmy i żaden zapewne nie spełni marzeń o kontralcie na miarę Ewy Podleś (w 1992 roku raczej ignorowanej przez wielkie teatry, w 2015 zdecydowanie rzadziej sięgającej po Rossiniego) czy Marilyn Horne, ale Francuzka Martine Dupuy i Włoszka Daniela Barcellona mają swoje wielkie walory. Mój osobisty wybór to raczej na wskroś włosko brzmiąca, dysponująca pięknym i gęstym mezzosopranem a przy tym rozumiejąca styl Rossiniego śpiewaczka z Triestu choć nie sposób się także oprzeć wokalnej elegancji i wirtuozerii M. Dupuy.
Tak czy owak dla mnie największą gwiazdą nowojorskiego przedstawienia, mimo bardziej medialnych partnerów (Di Donato i Flórez), jest Daniela Barcellona dla której to był, zdaje się, debiut w MET.
Mimo, że mam wiele sympatii i uznania dla peruwiańskiego "Tenore di grazia" -  głos Juana Diego Floreza (Giacomo V) nieco stracił dawny blask przez co pewne mankamenty (nosowa emisja i skromny wolumen) stały się bardziej słyszalne. Gwiazdor jest zresztą w okresie wyraźniej transformacji repertuarowej, bo  sięga (ew. planuje) po takie partie jak Alfredo, Edgardo czy ponownie Książę Mantui. Zobaczymy jak dalej się potoczy jego kariera.
Zdaję sobie sprawę, że część Czytelników będzie kontestowała moją opinię ale wyżej w tej rywalizacji przez czas i Atlantyk stawiam Rockwell'a Blake'a. Jego głos nie należał do najbardziej urodziwych, maniera wokalna może niektórych słuchaczy drażnić, ale to był tenor bel canto par excellence. Podziwiam jego fenomenalną technikę oddechową, rozmach wokalny i swobodę brzmienia. Jeszcze w 2000 lub 2001 roku zrobił na mnie duże wrażenie w Warszawie, podczas pamiętnej "Il viaggio a Reims" z Ewą Podleś i pod batutą Alberta Zeddy.
W przypadku odtwórców roli Rodriga nie ma chyba żadnych wątpliwości. Sztywny i flegmatyczny Chris Merritt (La Scala, 1992) nie umywa się do fantastycznego Johna Osborna (MET, 2015).
Po oddaniu cesarzowi (maestro Muti) co cesarskie trzeba bardzo skomplementować batutę młodego Włocha Michele Mariottiego, który wyrasta na wybitnego dyrygenta - specjalistę od Rossiniego.
A swoją drogą bardzo mnie zaskoczyła wzmianka, o czym wcześniej nie wiedziałem, że w 1992 roku "La donna del lago" wróciła do La Scali po...150 latach nieobecności!




czwartek, 31 grudnia 2015

Opera wchodzi w Nowy Rok

Patrizia Ciofi żegna się ze swoją popisową rolą Violetty

 Zadziwiająca mobilność gatunku operowego jeśli idzie o adoptowanie się do nowych technologii teatralnych, kanałów przekazu audiowizualnego i szeroko pojętych nowinek technicznych jest fascynująca, ale i wydaje się konstatacją oczywistą by nie powiedzieć: banalną.
To jeszcze profesorostwo Łętowscy w swych sympatycznych książkach sprzed lat, gdy jeszcze melomanom się nie śniło, że będą na drugim krańcu świata współuczestniczyć w premierach mediolańskiej La Scali czy nowojorskiej MET, wyrażali podziw dla elastyczności tej "przedwczorajszej sztuki we wczorajszym teatrze" a jako przykład przywoływali wznowienia starych nagrań na CD czy liczne ekranizacje bądź transmisje tv z pamiętną i legendarną już transmisją telewizyjną "na żywo" Toski z Rzymu w oryginalnych miejscach libretta i w rzeczywistym czasie. Z dzeciństwa/wczesnej młodości pamiętam jak redaktor Piotr Kamiński, niczym dziecko, zachwycał się w swoich relacjach radiowych  pierwszą "Toscą" z Callas przeniesioną na małe srebrne krążki.
Jednakże czas opery, jak się okazuje, pędzi z prędkością światła. Niczym po zmrużnieu oczu jesteśmy w epoce gdy ta wiecznie "przestarzała" sztuka, "nie mająca nic do zaproponowania młodym" (z jakiegoś przedziwnego powodu wielu blogerów operowych na świecie i w Polsce to ludzie młodzi, często jeszcze studenci) wchodzi wciąż w nowe  buty. Wiele teatrów - nie tylko wiodących - transmistuje i retransmituje swoje przedstawienia do kin (zainteresowanie nieustannie ogromne), wciąż pojawiają się platformy internetowe ofcjalnie transmitujące spektakle w formie streamu, co więcej archiwizują te realizacje i widz w każdymi miejscu świata, mający dostęp do Internetu, może sięgnąć po najnowszą "Traviatę" z Barcelony, "Aidę" z Turynu czy "Straszny dwór" z Warszawy.
Mało tego. Kolejne teatry prezentują spektakle bezpośrednio na swoich stronach internetowych jak Wiener Staatsoper (płatnie) lub Bayerische Staatsoper (bezpłatnie). Nie jestem w stanie przywołać innej sztuki przedstawiającej, która by tak pełnymi garściami czerpała z bieżących osiągnięć technologicznych i medialnych.
Rok 2015 był też ważny dla szeroko pojętej opery polskiej. Choć wcale nie jest tak słodko jak mogłoby się wydawać. Pozostawmy na razie na boku Operę Narodową, której roczny budżet przekracza środki jakimi dysponują pozostałe polskie teatry operowe razem wzięte.
Dyrekcje polskich teatrów nie mają w dalszym ciągu dostępu do zachodniego rynku pracy - środki jakimi dysponują nasze sceny są całkowicie nie kompatybilne ze standardami finansowymi w jakich pracują reżyserzy, dyrygenci czy śpiewacy nawet średniego i wysokiego szczebla, ale wcale nie pierwszoplanowe gwiazdy wciąż nieosiągalne (lub niezwykle rzadko) także dla Opery Narodowej.
Dlatego sceny poza Warszawą, ale usytuowane w najważniejszych polskich metropoliach jak Kraków czy Wrocław, wciąż nie mogą sobie pozwolić na taki zestaw realizatorów i wykonawców jak np. Lyon, Marsylia, Hamburg czy Kolonia. Nasi organizatorzy życia muzycznego i operowego sięgają więc często po formułę festiwalu gdzie sponsorów, środki unijne czy ministerialne można pozyskać łatwiej. Codzienność operowa prezentuje się jednak nieco gorzej gdy festiwal się kończy a recenzenci się rozjeżdżają.
Bolączki sztuki operowej w Polsce można, trochę jak w soczewce, zaobserwować na przykładzie najmniejszego, pod względem powierzchniowym i budżetowym, teatru operowego w Polsce, czyli Opery na Zamku w Szczecinie.  Po siedmiu latach remontu, pełnego problemów finansowych i terminowych, teatr uzyskał całkowicie przebudowaną siedzibę w renesansowym Zamku Książąt Pomorskich. Dzięki funduszom unijnym i środkom własnym powstał nowy-stary teatr za ponad 70 milionów złotych a dyrekcja zapewnia, że jest to najnowocześniejsza przestrzeń operowa w tej części Europy (560 foteli w dużej sali, 100 foteli w sali kameralnej). Budżet ze środków publicznych to jakieś 11 milionów w ciągu roku - zostaje, jak utrzymuje dyrekcja, niespełna dwa miliony na samą działalność artystyczną. Opera na Zamku ratuje się jak może sięgając po środki ministerialne, które najłatwiej dostać na różnego rodzaju projekty edukacyjne, zamówienia kompozytorskie adresowane do dziecięcej widowni itp. Szczecińskiej Operze udało się też przekonać Towarzystwo Brittena w Wielkiej Brytanii do częściowego (?) sfinansowania pierwszej polskiej wersji scenicznej "Obrotu śruby" (mniej więcej w tym samym czasie pokazywanej w berlińskiej Staatsoper). Z jednej strony chwalimy taką samodzielną aktywność w pozyskiwaniu środków, z drugiej smutne, że codzienna działalność repertuarowa o własnych siłach jest dla teatru dużym problemem.
By przejść do weselszych aspektów podkreślmy spektakularny sukces "Króla Rogera" w ROH z Mariuszem Kwietniem w roli tytułowej.  Nawiasem mówiąc o występ naszego czołowego barytona, jak utrzymuje dyrektor, zabiega wspomniana Opera na Zamku. Artysta zaproponował najbliższy wolny termin w 2017 roku.
Rola roku 2015: Roger w interpretacji Mariusza Kwietnia

Duży osobisty sukces- podczas debiutu w paryskiej Opera Bastille- odniosła Aleksandra Kurzak, która u boku małżonka Roberta Alagni, wystąpiła w serii przedstawień "Napoju miłosnego". Piszący te słowa był świadkiem jednego z przedstawień w którym pani Aleksandra odniosła spektakularny sukces podczas solowego wyjścia przed kurtynę. I nie odniosłem wrażenia, jak jeden z profesjonalnych polskich recenzentów w jednym z wysokonakładowych dzienników, że była w ceniu Alagni. Na "moim" spektaklu zebrała pełnię zasłużonych splendorów a jej rola stała pod względem wokalnym, a zwłaszcza aktorskim na bardzo wysokim poziomie. Brawo.
Trzeba też odnotować udany debiut Kurzak w roli Marii Stuart z opery Donizettiego po sąsiedzku, na scenie paryskiego TCE. Wprawdzie niektóre recenzje w zaskakujący sposób eksponowały występ niezbyt dobrej włoskiej śpiewaczki Carmen Giannastassio, ale i nie brakowało opinii bardzo komplementujących polską sopranistkę.
Nasz eksportowy tenor Piotr Beczała utrzymuje wciąż wysoką pozycję nawet jeśli jego niektóre występy mogą budzić wątpliwości. Jego świetną płytę z muzyką francuską "The French Collection" z pewnością należy uznać za jedną z najlepszych w 2015 roku. Podobnie jak krążek z muzyką francuską podpisany przez jego amerykańskiego kolegę Bryan'a Hymel'a - "French Opera Arias".
Ładnie się rozwija kariera Artura Rucińskiego - cenionego w bel canto, operach Verdiego i, oczywiście, repertuarze słowiańskim.
Coraz większe grono, na razie w kraju, admiratorów ma młody polski kontratenor Kacper Szelążek, który 15 marca 2015 wystąpił w nowej Filharmonii Szczecińskiej w koncercie-spektaklu "Baroque Living Room"  
http://filharmonia.szczecin.pl/wydarzenia/152-Baroque_Living_Room

Przedsięwzięcie zamówione przez Filharmonię Szczecińską zostało, z dużym powodzeniem, powtórzone w Filharmonii Narodowej.
Jeśli idzie o młodych polskich śpiewaków duże nadzieje wiążę z Iloną Krzywicką (Butterfly w Szczecinie, Musetta w Krakowie) http://www.gemsetaria.blogspot.com/2015/04/butterfly-przysiada-nad-odra.html  oraz Anną Jeruć, odnoszącą sukcesy w Wielkiej Brytanii (entuzjastycznie przyjęta przez krytyków "Traviata"), ale też, podobno, świetną Matyldą w warszawskim "Wilhelmie Tellu" Rossiniego. Podoba mi się też młody paryżanin Michał Partyka, który bardzo dobrze wypadł ostatnio w "Pieśniach wędrownego czeladnika" Mahlera pod batutą Leopolda Hagera na estradzie Filharmonii w Szczecinie.
Anna Jeruć

Jedna z największych interpretatorek Violetty Valery w naszych czasach - Patrizia Ciofi - podobno żegna się z tą rolą, którą na przełomie grudnia i stycznia prezentuje na scenie Opery w Strasbourgu. Szkoda. Będę bardzo tęsknił z jej przejmującą kreacją, która w każdej produkcji (Carsen w Wenecji, Friedrich w Berlinie, Pelly w Turynie, McVicar w Genewie i Barcelonie czy Cavani w mediolańskiej Scali) była inna, ale zawsze bardzo intensywna. Pojawiły się nowe bardzo obiecujące, a często już znakomite Violetty: Olga Peretyatko, Venera Gimadieva czy Sonia Jonczewa.
Anna Netrebko po latach poszukiwań odnalazła chyba swoją właściwą "tessiturę" jeśli idzie o adekwatność warunków wokalnych do wyborów repertuarowych. Zawsze mi się wydawało, że jej świat to wczesny i środkowy Verdi i pozycje z ojczystego repertuaru śpiewaczki. Jej sukcesy jako w "Giovanna D'Arco",  w"Trubadurze", Jolancie" czy "Eugeniuszu Onieginie" to potwierdzają. A przed aktualną "Primadonną assoluta" zapewne nowe przestrzenie - Wagner, może Salome R. Straussa...
Jednym z odkryć mijającego roku był dla mnie kanadyjski baryton Eienne Dupuis, którego podziwiałem jako Rodriga w "Don Carlosie" Verdiego u boku Rolando Villazona  
Cieszę się, że kolejne doniesienia z różnych teatrów potwierdzają, że to jeden z przyszłych (a może już aktualnych?) wybitnych barytonów z "klanu Verdiego". http://gemsetaria.blogspot.com/2015/05/don-rolando.html
Świat nie zapomina o Giacomo Meyerbeerze, któremu rodzinne miasto - Berlin - oddaje cześć wprowadzając cykl prezentujący jego najbardziej błyskotliwe dzieła. Po koncertowej wersji "Dinorah" ze spektakularną Patrizią Ciofi i Etiennem Dupuis http://www.gemsetaria.blogspot.com/2014/10/ciofi-w-pogoni-za-cieniem-dinorah-w.html
przyszła w tym roku sceniczna wersja "Vasco D'Gama" z Robertem Alagną http://www.gemsetaria.blogspot.com/2015/11/vasco-w-berlinie.html
Był to na pewno efektowny rok na międzynarodowej scenie operowej. Cieszy debiut Opery Narodowej na "The Opera Platform" i to w jednym z nielicznych udanych przejawów naszego repertuaru operowego - "Strasznym dworze" St. Moniuszki. Szkoda tylko, że samo wykonanie nie było zbyt przekonujące pod względem muzycznym i wokalnym a przesadna pompa i wstępy Waldemara Dąbrowskiego stworzyły wokół całego przedsięwzięcia otoczkę prowincjonalizmu. Niepotrzebnie, bo nasz teatr ma wszelkie dane ku temu, żeby spokojnie na co dzień rywalizować z innymi europejskimi scenami. Wystarczy tylko, żeby częściej sięgał po takie narodowe zasoby jak Mariusz Kwiecień, Aleksandra Kurzak, Piotr Beczała Ewa Podleś, Mariusz Treliński, Krzysztof Warlikowski, Natalia Babińska, Ewa Strusińska, Łukasz Borowicz i wielu wielu innych. Niemal jednogłośne uznanie polskich krytyków zdobyła światowa prapremiera "Czarodziejskiej góry" Pawła Mykietyna na festiwalu Malta w Poznaniu.
Szczególnie zapadły mi w pamięć trzy kreacje w minionym sezonie: Małgorzata w wykonaniu Krassimiry Stojanowej w udanej realizacji Fausta http://www.gemsetaria.blogspot.com/2015/07/faust-w-berlinie-czyli-zgubne-potyczki.html 
fantastyczna Anna Bonitatibus (bardzo się cieszę, że wkrótce usłyszę ją w Warszawie! ) we "Włoszce w Algierze" i charyzmatyczna  Evelyn Herlitzius w "Lady Makbet Mceńskiego Powiatu" http://www.gemsetaria.blogspot.com/2015/02/a-swiat-sie-smieje.html
Rok 2016 w polskiej i europejskiej rzeczywistości na zapowiada się szczególnie optymistycznie. Miejmy nadzieję, że wytchnienie przyniesie nam jeszcze lepszy od poprzedniego sezon operowy.
Szczęśliwego Nowego! Bądzmy razem.











środa, 30 grudnia 2015

Cyrk tenisowy zaczyna się kręcić...


...ale zanim to nastąpi skreślmy słów kilka na temat mijającego roku. Tenis to taka specyficzna dziedzina sportu w której sezon trwa blisko dziesięć miesięcy. Nie ma tu startów sezonowych (jak np. w narciarstwie biegowym czy skokach), nie buduje się wszystkiego wokół np. medalu olimpijskiego czy mistrzostw świata. Tenisista niczym aktor gra cały sezon, musi utrzymywać dobrą formę przez okrągły rok a i tak się mówi, że jest tak dobry jak jego ostatni występ (start).
Sezon tenisowy wyznaczają przede wszystkim cztery turnieje wielkoszlemowe (najważniejsze wydarzenia w świecie tenisowym pod względem sportowym i finansowym) - Australian Opern w Melbourne (druga połowa stycznia), Roland Garros (tzw. French Open) odbywający się na przełomie maja i czerwca w Paryżu, londyński Wimbledon (niepisany najważniejszy turniej tenisowy sezonu, zielona mekka mistrzów i zawodników marzących o wielkiej karierze)  i kończący serię Wielkich Szlemów - US Open w Nowym Jorku (przełom sierpnia i września).
Poniżej szlemów jest cykl zawodów wysokiej, średniej i niskiej rangi - u mężczyzn w ramach ATP (organizacja męskiego tenisa), u kobiet WTA. W obu Tourach szczególne miejsce mają zamykające sezon tzw. mistrzostwa świata. Biorą w nich udział najlepsi zawodnicy sezonu, o najwyższych miejscach rankingowych i rozgrywający kolejne mecze tylko w swoim elitarnym gronie.
Sezon kobiecy podsumowała w tym roku pazdzienikowa impreza w Singapurze. Dla nas szczególna, bo, po raz pierwszy w historii, wygrała ją Polka - Agnieszka Radwańska.
Nic nie wskazywało na to, że rok 2015 będzie dla krakowianki udany. Występy Agnieszki w pierwszej połowie roku były, delikatnie mówiąc, słabe. Mimo współpracy ze słynną Martiną Navratilovą i zapewnień współpracowników Radwańskiej o wielkich ambicjach, planach i wyciskaniu ostatnich potów na treningach - wyniki na kortach były mierne. Radwańska po raz pierwszy od 2011 roku wypadła z pierwszej dziesiątki rankingu. Jej fani byli zdezorientowani - czy ich ulubienica definitywnie wybrała karierę szczęśliwej narzeczonej swego sparingpartnera i komentatora telewizyjnego - Dawida Celta? Czy z miejsca na wielkie ambicje sportowe nie zostało nic zgoła? Przeciwnicy tryumfalnie obwieszczali to o czym zawsze mówili: brak ambicji i brak profesjonalnego, na światowym poziomie, zaplecza treningowego.
Radwańska jednak nie raz okazywała się zawodniczką nieprzewidywalną i zaskakującą - dokładnie taka jak wyjątkową wydaje się jej gra pełna niepowtarzalnych "zagrań miesiąca" czy "zagrań roku". Agnieszka się odrodziła na swojej ulubionej trawie - odniosła jeden z dużych sukcesów 2015 roku, czyli półfinał Wimbledonu. Ten poziom londyńskiego turnieju osiągnęła już po raz trzeci. Drugi w karierze wimbledoński finał był w zasięgu kilku kluczowych piłek. Niestety Polka nie poradziła sobie z fenomenalnie szybką i silną grą sensacyjnej Garbine Muguruzą. 22 letnią Hiszpankę trzeba uznać za sensację damskich rozgrywek w 2015 roku. To niewątpliwie wschodząca wielka gwiazda tenisa a kto wie może przyszła liderka rankingu?
Ostatecznie Aga Radwańska, po wygraniu WTA Finals w Szanghaju, zakończyła sezon jako piąta tenisistka świata. Komentatorzy zaczynają znów spekulować wokół ewentualnego wygrania przez Radwańską w 2016 turnieju wielkoszlemowego i zdobyciu przez Polkę medalu olimpijskiego w Rio de Janeiro. Jedno wiadomo, że nic nie wiadomo. W odniesieniu do Agnieszki prognozowanie to jak wróżenie z fusów.
Ale czy to nie jest specyfiką sportu? Jego nieprzewidywalność, magia, adrenalina i zaskoczenie?
W wymiarze światowym tenis miał w mijającym roku dwoje wielkich bohaterów, którzy już na stałe weszli do historii dyscypliny.
Serena Williams stanęła przed szansą zdobycia w 2015 roku kalendarzowego Wielkiego Szlema (wygranie czterech turniejów wielkoszlemowych jednego roku) a tym samym wyrównania wyniku niedoścignionej Niemki Steffi Graf. Serena przeszła jak tornado przez Australian Open, Roland Garros i Wimbledon. I gdy miała już postawić kropkę nad i w Nowym Jorku coś fenomenalną Amerykankę zatrzymało? Co lub kto? Na pewno nie Włoszka Roberta Vinci - zawodniczka ciekawa, utalentowana, ale której kariery i osiągnięć żadną miarą nie sposób porównywać do Williams - posiadaczki dwudziestu pucharów Wielkiego Szlema, zajmującej fotel liderki nieprzerwanie od 150 tygodni, słowem: Królowa Jest Tylko Jedna.
Serena Williams po pracy...

Williams przegrała półfinał US Open przede wszystkim sama ze sobą. Nie wytrzymała ogromnej presji jaką nałożyło na nią otoczenie i ona sama. Na nic się zdał nadprzyrodzony talent, bezprzykładne doświadczenie i żelazna psychika. Serena Williams została w Nowym Jorku upokorzona przez drugorzędną przeciwniczkę i tym samym otworzyła drogą do wygrania pierwszego i ostatniego turnieju Wielkiego Szlema ponad trzydziestoletniej Fabii Penettcie, która po wzniesieniu pucharu ogłosiła zakończenie kariery.
Męskim herosem 2015 roku był, rzecz jasna, 27 letni Serb Novak Djoković. Podobnie jak Serenie - Novakowi (popularnemu: Nole) nie udało się wejść na wszystkie szlemowe szczyty sezonu. Wygrał W Australii, Londynie i Nowym Jorku, ale Paryż ponownie okazał się dla niego nie do zdobycia.
Djoković wciąż czeka na pierwszy w karierze sukces w stolicy Francji. Tym razem w finale musiał uznać wyższość niebywałego Stana Wawrinki, który z zawodnika drugiego planu, na naszych oczach w ostatnich dwu latach przeobraził się w mistrza, który pod koniec kariery (ma 30 lat) dysponuje dwoma tytułami Wielkiego Szlema (Australian Open w 2014 i Roland Garros w 2015). I zapewne nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Największym przegranym sezonu wydaje się być szwajcarski Maestro - Roger Federer. Fenomenalny, blisko 35 letni, zawodnik gra wciąż jak młody bóg, regularnie osiąga finały wielkoszlemowe, zdobywa tytuły dużych turniejów, ale mimo ogromnej mobilizacji i determinacji oraz współpracy z legendarnym Szwedem Stefanem Edbergiem - Federerowi nie udaje się od 2012 roku wygrać turnieju wielkoszlemowego. Byłby to jego osiemnasty tytuł choć nie brakuje znawców zapewniających, że Szwajcar nie jest już w stanie wygrać takiego turnieju.
Roger Federer z rodziną
Drugim przegranym jest z pewnością Rafael Nadal - hiszpański "Król mączki" nie wygrał w tym roku swego ukochanego Roland Garros gdzie tryumfował aż dziewięciokrotnie! Pojedyncze lepsze występy nie niwelują wrażenia, że mamy do czynienia z tenisistą wyeksploatowanym i zmęczonym. Rok 2016 będzie więc chyba szczególnie ważny dla Rafy i jego fanów - czy uda mu się przezwyciężyć kryzys i wejść na dawny niebotyczny poziom gry, zwłaszcza na nawierzchni ziemnej?
Miniony sezon był też stopniową odbudową tenisowej reputacji mistrza Wimbledonu i US Open oraz posiadacza olimpijskiego złota - Brytyjczyka Andy Murray'a.  Po raz pierwszy w historii tenisista podjął współpracę z trenerem-kobietą! Ironicznych docinków i szowinistycznego śmiechu nie było końca gdy Andy ogłosił współpracę z byłą francuską tenisistką Amelie Mauresmo. Mimo, że Murray nie zdobył trzeciego tytułu wielkoszlemowego w karierze to współpracę z Mauresmo postawiłbym nawet wyżej niż dwuletnie trenowanie Szkota przez Ivana Lendla. To właśnie pod orkiem Francuzki Murray osiągnął niesamowitą szybkość na korcie i ogromną wytrzymałość fizyczną - dwa kluczowe aspekty w jego defensywnym stylu gry. Zabrakło jednak w pewnym momentach sezonu szczęścia i konsekwencji. Może gdyby Mauresmo pozostała przy nim do końcu sezonu sukcesy byłby jeszcze większe? Amelie musiała jednak zrezygnować z powodu zaawansowanej ciąży. Niemniej warto podkreślić, że po okresie głębokiego kryzysu i braku dobrych wyników Andy Murray w 2015 roku wygrał prestiżowy turniej na nawierzchni ziemnej w Madrycie, osiągnął półfinał w wielkoszlemowym French Open i na Wimbledonie, wygrał turniej w Montrealu po pokonaniu w mistrzowskim stylu lidera rankingu Novaka Djokovića.
Obok wielkich mistrzów, żywych legend, zawodników utytułowanych zmagających się z mniejszymi lub większymi problemami mieliśmy tzw. plankton tenisowy i zawodników, którzy wciąż obiecują wielkie osiągnięcia.
O ile 24 letnia Rumunka Simona Halep ani nas nie rozczarowała ani nie zachwyciła (stabilna gra, dobre wyniki, utrzymywanie się w ścisłej czołówce) o tyle Japończyk Kei Nishikori, finalista US Open z 2014 roku, zawodzi pokładane w nim nadzieje. Mam wrażenie, że problem tkwi w błędach treningu fizycznego, tzw. ogólnorozwojówce. Niesamowitej prędkości gry Japończyka nie dorównuje najwyraźniej jego technika i wytrzymałość co powoduje ciągłe problemy zdrowotne gracza. W najlepszym przypadku: spadek parametrów w motoryce, prędkości i wytrzymałości w kluczowych meczach. Szkoda.
Nadzieje na 2016 dotyczą przede wszystkim polskiego tenisa. Chciałoby się większej i systematycznej opieki państwa nad tą dyscypliną sportu. Dodajmy: dyscypliną globalną, w której sukcesy są ogromną światową promocją kraju. Czy Jerzy Janowicz zdobędzie się jeszcze, mimo, że ma już 25 lat i żadnego sukcesu turniejowego na koncie, na zryw i wejdzie na poziom adekwatny do jego talentu? Czy Agnieszka Radwańska, śladem np. Amelie Mauresmo, po wygraniu WTA Finals dorzuci do swej puli co najmniej dwa turnieje wielkoszlemowe? Chciałoby się.
Jedno jest pewne: rok 2016 w tenisie będzie ekscytujący.

czwartek, 24 grudnia 2015

Operowo i tenisowo


Wszystkim Czytelnikom - przypadkowym lub, być może, regularnym - żeby ten czas spędzili jak lubią, gdzie lubią i z kim lubią. Fantastycznej muzyki i fantastycznego, zwłaszcza w wykonaniu Polaków, tenisa.
Postaram się w przyszłym roku pisać regularniej i, w miarę możliwości, ciekawiej. Zapraszam.
(Wkrótce podsumujemy rok 2015 w operze i tenisie).


wtorek, 24 listopada 2015

Show Petibon w Szczecinie

SZCZECIN, po blisko ośmiu latach modernizacji za własne i unijne pieniądze, ma wreszcie nowoczesny teatr muzyczny. Unikalny, bo teatralnie funkcjonalne wnętrza (sala główna i kameralna, sala baletowa i ćwiczeniówka dla orkiestry), pełne efektownego czarno-białego dizajnu przestrzenie dla publiczności wraz z tarasem wychodzącym na zamkowy dziedziniec, mieszczą się w renesansowym Zamku Książąt Pomorskich. Zamku w którym miała się rozgrywać jedna z wersji "Balu maskowego" Verdiego.
Opera mieściła się tu wcześniej, od 1978 roku. Jednak dopiero fundusze operacyjne i regionalne UE dały impuls do przekształcenia jej w teatr na miarę XXI wieku. Niektórzy wprawdzie uważają, że zamiast stawiać zastępczą na czas remontu Halę Opery i remontować starą siedzibę powinno się za te wszystkie środki wybudować nowy teatr, ale atrakcyjne efekty przebudowy częściowo chyba neutralizują te narzekania.
Jednym z wydarzeń "Nowego Otwarcia" był polski debiut francuskiej śpiewaczki - Patricii Petibon. Nigdy nie byłem entuzjastą tej artystki. Jej kariera przebiega niekonwencjonalnie. Przez wiele lat uchodziła za nieco szaloną... amatorkę, która nie traktuje swojej profesji zbyt poważnie - te śmieszne fryzury, estradowe błazenady, wokalne popisy na granicy dobrego smaku zyskiwały wprawdzie fanów, ale poważna krytyka się nią raczej nie zajmowała.  Na scenie operowej pojawiała się rzadko i bez wybitnych osiągnięć. Dlatego z dużym zaskoczeniem przyjąłem jej niespodziewany kontrakt płytowy z "Deutsche Grammophon", które rozpoczęły promocję Petibon jako pierwszorzędną postać europejskiej wokalistyki. Pojawiły się dobrze ocenione płyty i recitale, debiut w La Scali i udane występy na renomowanych festiwalach (Salzburg, Aix). Petibon zyskała znaczną popularność. Udane role operowe jak Lulu czy Blanche ("Dialogi Karmelitanek") chyba definitywnie awansowały ją do pierwsze ligi gwiazd współczesnej sceny operowej. Powoli zajmuje miejsce zwolnione przez swą rodaczkę- Natalie Dessay.
Do Szczecina przyjechała z programem zbudowanym wokół repertuaru z najnowszej płyty " La belle excentrique". Bo Patricia ze swych scenicznych ekscesów i niekonwencjonalnych recitali nie zrezygnowała. Tyle, ze czuwa teraz nad  ich żelazną konsekwencją i muzycznych profesjonalizmem. Tak było w Szczecinie.


To była istna kolorowa mozaika francuskiego śpiewania. Nie tyle nawet pieśni co miniaturki z pogranicza pieśni i piosenki, lżejsze precjoza Poulenca, Gabriela Faure, Manuela Roshentala, Reynaldo Hahna...Prawie cały recital po francusku, z nienaganną dykcją pozwalającą, znającym język, rozkoszować się każdym niuansem tekstu. I trzeba przyznać, że nad tymi niuansami śpiewaczka dzielnie czuwała. Głosem posługuje się po mistrzowsku. Spore doświadczenie z francuską muzyką barokową pozwala jej unikać zbędnej wibracji, potrafi zafrapować magnetyzującym pianissimo i urzec mezza voce. To kolejny głos, który wiele zyskuje w kontakcie bez pośrednictwa nośnika audiowizualnego.
Recital był jednak, jako się rzekło, prawdziwym show z wieloma rekwizytami - garnkiem, wypchanymi zwierzętami, ogromniastymi okularami, uszami królika czy cylindrem. Te rekwizyty fantastycznie ogrywały obie panie, bo wyborna pianistka Susan Manoff była nie tylko partnerką muzyczną ale i aktorską. A talent aktorski, zwłaszcza komiczny, Petibon ma, jak wiadomo, pierwszorzędny.
To były ponad dwie godziny pysznej radości muzykowania, zabawy muzyką i konwencjami. I co najważniejsze nic się tu nie odbywało się kosztem poziomu wokalnego i muzycznego.
"Pholoe" Hahna śpiewane było z pewną kruchością. Jej pianissimo śpiewane krystalicznym głosem różni się, być może, od ostrzejszej, może brutalniejszej, interpretacji np. Susane Graham. Jeśli w pewnych momentach Petibon brakuje objętości brzmienia to potrafi zamaskować ten fakt efektownym sotto voce i wprowadzić zaskakujące i ciekawe akcenty znaczeniowe do interpretacji. Choć  w "Splen" G. Faure z pewnością przydałoby się w głosie więcej ciała i wagi.
W "Pecheur de Lune" Manuela Rosenthala artystka śpiewa trzymając książkę w obwolucie ze srebrnych pasemek, które spływają na jej ręce, gesty może nazbyt przerysowane ale i trafnie interpretujące tekst. Po raz kolejny Susan Manoff gra bardzo kolorowo i partneruje Petibon z wielką wrażliwością.
Wreszcie Petibon chwyta za mały czarny melonik i rozgorączkowana śpiewa Poulenca "Faceci, którzy idą na imprezę" («Les gars qui vont à la fête).
Ten swoisty dialog z publicznością (widownia szczecińskiego koncertu znakomicie reaguje na każdy element inscenizacji i gest artystek) intensyfikuje się w drugiej części, której kulminacją jest z pewnością "kulinarny cykl" ("La Bonne Cuisine") Leonarda Bernsetina.  I tu już następuje prawdziwe szaleństwo: z wnętrze fortepianu Petibon wyciąga gumowe kaczki, kurczaki, piłeczki pingpongowe...Niektóre z tych akcesoriów lądują na rękach widzów pierwszych rzędów z życzeniami "bon appétit"...
Swietnie się Petibon czuje też w kilku hiszpańskich melodiach Manuela de Falli czy Fernardo Obradorsa gdzie imponuje bezbłędnym poczuciem rytmu i stylu.
Oficjalną część koncertu kończy bardzo po swojemu, ale efektownie zaśpiewana przebojowa "Granada" Augustina Lara.

Stojąca owacja z okrzykami "brawo" zachęciła gwiazdę aż do pięciu bisów.
W programie wieczoru, niestety, znalazły się tylko dwa fragment z oper. Skromnie i wzruszająco zaśpiewała Patricia Petibon słynną arię Manon "Adieu, notre petite table" z "Manon" J. Masseneta zaś w "O mio babbino caro" z opery Pucciniego "Gianni Schicchi" artystce udało się przekazać delikatnie komiczny patos tego fragmentu z którego wiele śpiewaczek niepotrzebnie próbuje zrobić popis wokalny i dramatyczny.

W sumie był to jeden z lepszych recitali wokalnych jakie słyszałem na sali koncertowej czy operowej w ostatnim czasie. Perfekcyjnie skonstruowany i zrealizowany program, bardzo spójny muzycznie i stylistycznie a i sama Petibon okazała się prywatnym kontakcie osobą bardzo skromną i nieśmiałą jak to zazwyczaj bywa w przypadku wybitnych artystów, którzy, niezależnie gdzie występują, wkładają maksimum aktualnych możliwości i zaangażowania. Merci, Madame.

Patricia Petibon (sopran) i Susan Manoff (fortepian) podcczas koncerty w Operze na Zamku w Szczecinie, 23 listopada
2015.

Dyrekcja Opery na Zamku zapowiada kolejne recitale wielkich gwiazd światowej opery (raz w sezonie) i występy w sali kameralne śpiewaków stojących u progu efektownej kariery.  A jeszcze w tym sezonie, po raz pierwszy w Polsce, sceniczna wersja opery B. Brittena "The Turn of the Screw".