poniedziałek, 9 lutego 2015

Łucja pif paf

 
NAJNOWSZĄ realizację "Łucji z Lammermoor" Donizettiego obejrzałem w przekazie telewizyjnym z Bayerische Staatsoper. W związku z tym rozpocznę od strony scenicznej. Ale czynię to, niestety, z przykrością. Bardzo chciałbym napisać coś miłego o pracy polskiej reżyserki Barbary Wysockiej, która, zdaje się, zadebiutowała na tak ważnej europejskiej scenie operowej. I to w dziele z absolutnego topu repertuarowego mając do dyspozycji wielką gwiazdę w roli tytułowej.
 Gdybyż jeszcze propozycja Wysockiej irytowała, zniesmaczała czy też w inny sposób rozgrzewała do czerwoności złaknionego nowych wrażeń widza. Myślę, że zdecydowanie większym w tej mierze specjalistą jest rodak reżyserki -  Krzysztof Warlikowski.
Tymczasem pani Wysocka przygotowała spektakl z wyprzedaży zgranych pomysłów. Bo przecież nie potraktujemy poważnie tej rekwizytorni obowiązującej jak teatr operowy w Niemczech długi i szeroki. Mamy tu media, flesze, śpiewanie-mówienie do mikrofonu, przeniesienie akcji do Ameryki lat 50 i poetycką, wielowymiarową, na ile tylko konwencja operowa pozwala, postać Łucji w dosadności i trywialności. Jej charyzma więc wyparowała - została kobieta "z krwi i kości. Tyle tylko, że to nie postać Donizettiego! Ileż to już razy na scenach niemieckich i nie tylko było i to niezależnie od tytułu. W samej Deutsche Oper Berlin ostatnio Semiramida (Rossini) również była silną kobietą uwikłaną w bliżej nieokreślony konflikt polityczny zaś "Aida" rozgrywała się w amerykańskiej sekcie religijnej, w latach 50. Podejrzewam, że pani Wysocka doskonale zna te realizacje.  Ale ok.  Było minęło... Przykre jest to, że reżyserka odebrała, zdaje się, jakieś wykształcenie muzyczne a jednak postępuje na przekór muzyce i stylowi dzieła, które obleka w kształt sceniczny. Te nawiązania do filmowych ikon...Po co?! Na co?! W jakim celu?! I mam pytanie: czy pałętająca się po scenie dziewczynka to próba włożenia tu jeszcze atmosfery filmowego horroru? Bo nic przecież tak nie "straszy" w filmach klasy B i C jak dziecko zza światów.
"|Łucja" dopuszcza wariant "silnej kobiety", ale czyniąc z niej w tzw. scenie obłędu jakąś terorystkę biegającą z pistoletem realizatorka amputuje całą romantyczną aurę tej postaci lekko unoszącej się nad ziemią - obecną ciałem, nieobecną duchem. Całkowita zamiana znaczeniowych i wyrazowych akcentów czyni z przedstawienia nie dzieło Donizettiego lecz dzieło Wysockiej. Siła Łucji zawiera się w jej "zatrzaśnięciu" i jej nieuchwytności dla otoczenia - nie zaś w tym, że damy jej do ręki pistolet, ubierzemy w szpilki i poprosimy o subtelność syreny alarmowej, bo, niestety, tak swoją partię wokalną  traktuje Diana Damrau.
Po niemieckiej sopranistce nie spodziewałem się w tej roli niczego dobrego. I nie zawiodłem się. Linia wokalna jest chaotyczna, cały arsenał belcantowej wirtuozerii i zdobnictwa właściwie nie istnieje, bo trudno nimi nazwać te posapywania, pojękiwania i inne nie przewidziane przez kompozytora odgłosy na które najbardziej nawet drugorzędna włoska śpiewaczka na prowincjonalnej scenie we Włoszech by sobie nie pozwoliła. Jedno co mogę Damrau oddać to jej profesjonalizm sceniczny - wiernie podąża za wskazówkami reżyserki, gra z oddaniem i zaangażowaniem godnym lepszej sprawy. Jednakże nic nie zrekompensuje mankamentów choćby we frazowaniu. W muzyce Donizettiego ważne jest kształtowanie linii wokalnej podczas gdy Damrau śpiewa tak jakby się potykała o każde słowo...


Gdy nie ma Łucji - nie ma właściwie o czym mówić. I sytuacji nie ratują panowie, skądinąd bardzo profesjonalniw swoich partiach wokalnych, Dalibor Jenis (Enrico) i Pavol  Breslik (Edgardo). Na wyróżnienie zasługuje  też Georg Zeppenfeld jako Raimondo. Na wyróżnienie zdecydowanie negatywne zasłużył trzeci pan, dyrygent Kirill Petrenko, który robi w orkiestronie rzeczy przedziwne proponując momentami tempa absurdalnie wolne lub wyciszając orkiestrę tak, że słuchamy śpiewu a capella. Rozumiem, że panuje przekonanie iż partia orkiestrowa w operach belcantowych to "pozytywka", ale tym razem maestro chyba przegiął.
To, że w mediach może się pojawić każda bzdura zdążyliśmy się już od dawna przyzwyczaić. Jednakże urąganie elementarnej prawdzie budzi wciąż niedowierzanie. Jak akapit jednej z recenzji, że "Diana Damrau dominuje w obsadzie wokalnej". Litości! Dominować można na wiele sposobów jednakże recenzentowi wyraznie chodziło o wysoki poziom artystyczny solistki. Tymczasem jej dominacja polega na śpiewaniu coraz głośniejszym, ruchach coraz bardziej zamaszystych, coraz głośniej stuka obcasami, coraz mocniej wymachuje pistoletem. Pif Paf! Arcydzieło Donizettiego leży i kwiczy.

niedziela, 8 lutego 2015

Luksusowa rewolucja w Operze Królewskiej

 SERIA przedstawień opery Umberta Giordano "Andrea Chenier" w londyńskiej ROH była chyba jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń trwającego jeszcze sezonu operowego w Europie. Udało mi się obejrzeć ostatni spektakl. I wrażenia mam mieszane.
  Jedno z najatrakcyjniejszych dzieł włoskiego weryzmu wystawiane jest rzadko. Zapewne z powodu konieczności wyłożenia znacznych środków na...wystawę właśnie. W pakiecie, bagatela, obowiązkowo troje wybitnych śpiewaków o przekonująych umiejętnościach aktorskich, liczny sceniczny plankton i role drugoplanowe...Najbardziej nawet kreatywny księgowy nie wykreuje tu przesadnych oszczędności nawet jeśli dyrekcja zgodzi się na "nowe odczytanie" polegające na przykład na zredukowanej scenerii. Jednakże trojga protagonistów i całego otoczenia zredukować nie sposób.
Nieważne zresztą...Ważne, że są na świecie teatry, jak londyńska Opera Królewska, którą stać na "fanaberię" bogatego wystawiania takich dzieł jak "Adriana Lecouvreur" czy "Andrea Chenier".
  Dla mnie to typowa opowieść o tym jak rewolucja pożera własne dzieci. Choć i wyobrażam sobie, że można wyinterpretować  wiele subtelniejszych i mniej banalnych sensów. W londyńskim przedstawieniu tak się nie stało.
Jak znaczna część operowej widowni bardzo lubię przedstawienia podpisane przez Davida McVicar'a. Po trosze widzę w nim współczesne wcielenie legendarnego Jean Pierre Ponelle'a. Podobna jest u tych artystów wierność stylistyczno-historyczna w wymiarze wizualnym, swoista muzykalność w prowadzeniu aktorów i kształtowaniu sceny, ale zarazem cała rzesza detali powoduje, że ta z pozoru dekoracyjna i wizualnie uwodzicielska sceneria staje się ekspresyjną przestrzenią psychologiczną. Niewiele jednak z tej metody pozostało w najnowszym przedstawieniu szkockiego reżysera. Spektakl jest wizualnie piękny i perfekcyjny, choć mojemu koledze w jednej ze scen oświetlenie, nie wiedzieć czemu, skojarzyło się z regałem-lodówką w hipermarkecie...
Dalej: wrażliwcy na ten aspekt przedstawienia mogą do woli nacieszyć oczy pięknymi i stylowymi kostiumami w pysznych kolorach i z pierwszorzędnych tkanin. Ze wszech miar obcujemy tu z produktem luksusowym pod każdym względem. Luksusowa wystawa, wielce profesjonalni śpiewacy i wybitny dyrygent nawet jeśli po raz kolejny ostatnio zagłuszający nieco swych podopiecznych na scenie. Po takim spektaklu aż się chce skierować kroki do jednej z eleganckich londyńskich restauracji i zjeść coś wykwintnego. Przy dobrym posiłku i winie, być może, wspomnimy mimochodem o tym, co widzieliśmy. Nie będą to jednak gorące spory, rozgrzane komentarze i oczy zeszklone ze wzruszenia. Sir David wykreował bowiem przedstawienie totalnie kompetentne i totalnie obojętne. Nic tu nie porywa, nie wzrusza i nie irytuje. Rutynowy produkt w wytwornym opakowaniu, które zapewnia troje znamienitych śpiewaków.
Dla mnie przede wszystkim  serbski baryton Zeljko Lucic na którego ostatnio w dobrym tonie jest narzekać. Osobiście nie podzielam tego kręcenia nosem i uważam, że to jeden z najlepszych śpiewaków naszych czasów, który niekwestionowaną urodę głosu łączy z wybitną muzykalnością i charyzmatyczną obecnością na scenie. I tak jest tym razem. Jego Gerard przekonał mnie najbardziej: targany sprzecznymi emocjami, ale w istocie szlachetny i przenikliwy.


Jego koledzy już tak bardzo przekonujący nie byli, choć trudno mi znalezć dzisiaj dla nich rywali.
Holenderka Eva Maria Westbroek (Maddalena) zapowiadała się przed laty na wielką postać światowej opery. Pamiętam jej znakomitą Zyglindę na festiwalu w Aix, a potem rewelacyjną Katarzynę Izmajłową w paryskiej "Lady Makbet mceńskiego powiatu". Od tamtej pory w głosie Westbroek zaszły pewne niekorzystne zmiany: stał się zbyt rozwibrowany i doszły do tego problemy z oddechem (słyszalne np. w słynnej arii "La mamma morta"). Sama śpiewaczka doskonale o tym wie a nawet szczerze wyznała w jednym z wywiadów, że popełniła swego czasu błędy repertuarowe, które nie pozostały obojętne na jakość głosu.  Nie sposób jednak uznać, że jej występ w londyńskiej superprodukcji jest nieudany. Artystka kreuje swoją postać, wbrew chłodnym kalkulacjom reżysera, z dużym zaangażowaniem scenicznym i muzycznym. Zwłaszcza to ostatnie przejawia się w wielkiej wrażliwości na niuanse we frazowaniu, akcentach i cieniowaniu. Wbrew pewnym ograniczeniom wokalnym, a może i fizycznym (choć to rzecz subiektywna) tworzy wiarygodną postać zakochanej w poecie-rewolucjoniście arystokratki.


Na koniec zostawiamy największą gwiazdę wieczoru, czyli Jonasa Kaufmanna w tytułowej partii. Nie będziemy już powtarzać oczywistości na temat jego wyjątkowej osobowości artystycznej, niepowtarzalnego głosu i maniery wokalnej nie do podrobienia, jego przystojności będącej obiektem damskich i po części męskich westchnień, a u męskiej większości wzbudzającej zazdrość. Niemiecki tenor wciąż w rozkroku między ojczystym repertuarem a wyprawami na drugą stronę Alp. Nigdy nie należałem do ostrych krytyków jego włoskich ról ponieważ  ewentualne odstępstwa stylistyczne rekompensowały ogromne zalety w sferze  wyrafinowanej muzykalności i kapitalnych zdolności językowych. Szczytowym osiągnięciem Kaufmanna pozostaje dla mnie jego paryski Werter, który jest zarazem jednym z moich największych przeżyć w teatrze operowym. Kaufmann niczym stylistyczny kameleon przekonuje jako Parsifal, Florestan a zaraz Werter czy Jose.
Wydawać by się mogło, że Chenier jest bliskim kuzynem Wertera. Jednakże Kaufmann jako poeta w rewolucyjnym Paryżu już mnie tak nie przekonał. Uważam, że jego włoskie role w znacznym stopniu ratowała pewna promienność, lśniąca politura na  ciemnym barytonopodobnym głosie, która jednakże teraz zniknęła - prawdopodobnie z powodu wagnerowskiej kuracji.  Ta swoista promienność i "otwartość" głosu jest dla mnie w roli Cheniera bardzo ważna gdyż stanowi  wokalny emblemat jego osobowości. Szczególnie brakowało mi jej w wielkiej improwizacji z I aktu gdzie głos Kaufmanna wydawał przygaszony, a śpiew siłowy. Tę promienność mieli wielcy poprzednicy: Del Monaco, Corelli, Carreras, Domingo czy Pavarotti. Nie ma jej, niestety, Jonas Kaufmann. Co nie zmienia postaci rzeczy, że w planie całe spektaklu tworzy dobrą kreację, zwłaszcza w III i IV akcie.
Publiczność po opadnięciu kurtyny wybuchnęła entuzjazmem skierowanym potem pod adresem  Kaufmanna, Lucića i Westbroek. Nie bardzo rozumiem obsadzenia, niegdyś popularnej Carmen, Denyce Graves w roli Berci, bo ani aktorsko, ani wokalnie czy językowo nie wnosi wartości dodanej, ale to już jakieś efektywne zabiegi jej agenta na które nie mamy przecież wpływu.
Redaktor Piotr Kamiński w swoim kompendium kończy mniej więcej takim zdaniem, że jeśli na scenie, w "Andrei Chenier" Giordano,  mamy troje świetnych śpiewaków i odpowiednie otoczenie to udany wieczór w operze gwarantowany. I w sumie ten londyński wieczór taki był. Udany wstęp do dalszej części wieczoru. Ale i niewiele więcej.    

niedziela, 1 lutego 2015

Stara gwardia bierze Melbourne


 Z Paryża (poprzedni wpis) przenosimy się do upalnego Melbourne...Choć nie do końca w tym roku upalnego. Zwykle pierwszy turniej wielkoszlemowy w roku - Australian Open - bywał skąpany w słońcu gdzie zawodnicy walczyli nie tylko o jak najlepsze przerzucenie piłeczki tenisowej, ale z ponad trzydziestostopniowym upałem. Tym razem pogoda na turnieju była największą niespodzianką - słońce świeciło umiarkowanie, na sesjach wieczornych bywało chłodno, a cześć finału damskiego rozegrano, z powodu deszczu, przy zasuniętym dachu.
 Z pewnością nie anomalii pogodowych spodziewaliśmy się w Melbourne, a rankingowego trzęsienia ziemi. Odkąd australijski turniej w 2014 roku wygrał Stan Wawrinka, US Open tego samego roku Chorwat Marin Cilić, a do finału doszedł 24 letni Japończyk Kei Nishikori wielu ekspertów wróżyło zmianę warty w czołówce męskiego tenisa. Okupujących dotąd najwyższe lokaty wieloletnich mistrzów mieli zastąpić zawodnicy młodsi, ale także doświadczeni z drugiego szeregu, którzy długo czekają na swoje pięć minut.
 Na jeszcze większe wstrząsy tektoniczne liczono u pań. Zawodniczki urodzone po 1990 roku jak Eugenie Bouchard, Garbine Muguruza czy Elina Switolina zabłysnęły w ubiegłym roku w Australii w pojedynczych meczach, a jedna z nich - Bouchard - osiągnęła nawet półfinał zaś tego samego roku finał Wimbledonu. Tymczasem w Melbourne 2015 r., niespodziewanie, o finał z 33 letnią Sereną Williams walczyła 19 letnia Madison Keys. Nastolatka osiągnęła niesamowity osobisty sukces, ale nie udało jej się pokonać starszej koleżanki. W drugim półfinale rosyjska legenda Maria Szarapowa bez problemu odprawiła swoją rodaczkę - Jekaterinę Makarową.
 Na placu boju zostały dwie doświadczone i utytułowane zawodniczki. Te młodsze i głodne sukcesów mogły turniej już tylko oglądać z widowni lub przed telewizorem. A miało być inaczej, mieliśmy zobaczyć nowe twarze i świeżą energię. Młode, które przed rokiem błysnęły, miały teraz pójść dalej.  Serena miała stanąć jedną nogą na emeryturze zaś Szarapowa, zmęczona karierą, definitywnie odejść do świata biznesu i celebryctwa.
Niestety, po chwilowej przerwie, stara gwardia powróciła. W damskim finale zagrała, przewidywalnie, światowa "Jedynka" ze światową "Dwójką". I, równie przewidywalnie, Jedynka wygrała po meczu w którym Serena Williams dyktowała wszystkie warunki, a Maria Szarapowa walczyła tylko o to, by przegrać w dobrym stylu.
.

 I trzeba przyznać, że, gdy Williams gra wielki mecz w szczytowej formie, tylko Rosjanka jest w stanie nawiązać z nią walkę. Reszta zawodniczek się nie liczy i tworzy wyłącznie grupę pościgową za tymi dwiema mistrzyniami. Serena Williams zdobyła dziewiętnastego szlema.
 U mężczyzn może nie było nadziei na aż tak duże zmiany, ale z pewnością w walce o tytuł mieli się liczyć tacy zawodnicy z grupy pościgowej jak Gregor Dimitrow, Milos Raonić, Kei Nishikori...Niestety, prędzej czy póżniej, odpadli tak jak zazwyczaj: zabrakło błysku w technice, skuteczności, większej palety środków lub odporności psychicznej. Wspinanie się po szczeblach turnieju wielkoszlemowego przypomina wspinaczkę na szczyt świata. Im bliżej szczytu tym trudniej oddychać, a strach zagląda w oczy każdemu - nawet seryjnemu mistrzowi.
Męski finał o puchar Australian Open rozegrali "starzy wyjadacze" - siedmiokrotny mistrz Wielkiego Szlema Novak Djoković i dwukrotny triumfator takich imprez Andy Murray. Rozegrali wielki mecz. Publiczność dostała wszystkie zagrania godne mistrzów - woleje, slajsy, skróty, długie wymiany pełne fascynujących tenisowych szachów i szukania najcelniejszego strzału. Andy Murray, niestety, znowu nie przetrwał swego kryzysu mentalnego, który dopadał go zawsze podczas wielu przegranych przez siebie finałów wielkoszlemowych. Nawiasem w tej regule była dwuletnia współpraca Szkota z legendarnym Ivanem Lendlem, który pomógł Murray'owi zdobyć dwa tytuły wielkoszlemowe i złoty medal Igrzysk Olimpijskich w Londynie.
 Jaki płynie najważniejszy wniosek z wyników zakończonego właśnie Australian Open? Może taki, że w aktualnym zawodowym tenisie młodość i talent to zdecydowanie za mało. Czasy gdy nastoletnie Hingis i Szarapowa wygrywały turnieje wielkoszlemowe, gdy 17 letni Mats Wilander wygrywał Wimbledon bezpowrotnie minęły. Dzisiaj aby sięgać po największe laury tenisistę musi wspomagać wieloletnie doświadczenie na korcie, dojrzałość życiowa i emocjonalna, a przede wszystkim sztab trenerski złożony z najlepszych na świecie specjalistów od treningu mentalnego, tenisowego, fizjoterapii, bardzo często najlepsi zawodnicy zatrudniają dawne gwiazdy, bo tylko one znają emocje towarzyszące walce o szlema. Na tak rozbudowany zespół współpracowników stać tylko tenisowych milionerów - koło się zamyka. Zawodnicy z drugiego i trzeciego szeregu po prostu nie mogą sobie pozwolić na cyzelowanie niuansów pod okiem najlepszych. Nawet Marin Cilić, który niespodziewanie wygrał w minionym roku nowojorski turniej US Open jest wszakże zawodnikiem bardzo doświadczonym, który zatrudnił dawnego mistrza Gorana Ivanisevića. I dopiero on pomógł mu osiągnąć życiowy wynik.
 Prawdopodobnie nie prędko się doczekamy jakiegoś niesamowitego i spektakularnego sukcesu kogoś spoza ścisłego kręgu czołowych tenisistów. Każdy taki sukces będzie wyjątkiem potwierdzającym regułę.


wtorek, 27 stycznia 2015

Jonczewa kocha Paryż

 Cabell, Machaidze, Kurzak, Peretjatko...Prawdziwy kalejdoskop młodych dam, na których głosie i odpowiednio wystylizowanym na zdjęciach wizerunku, chcą zarobić wytwórnie płytowe. Repertuary składanek recitalowych podobne...Zaczynam się już gubić w tej powodzi podobnych dzwięków, podobnie prowadzonych kampanii promocyjnych, uśrednionych interpretacji - pasujących istotnie bardziej do materiałów promocyjnych niż na poważną płytę recitalową, którą mógłbym uznać za jakąś osobistą i zamkniętą wypowiedz artystyczną. Poza celami czysto marketingowymi bardzo rzadko udaje mi się w wielu aktualnych recitalach wokalnych dostrzec  głębsze przesłanki.
 Bułgarska śpiewaczka Sonia Jonczewa jest, jak się wydaje, "nową gwiazdą" opery. Spełnia dwa warunki: ma kontrakt z dużą wytwórnią płytową, który zapoczątkowała wydana właśnie płyta "Paris, mon amour" i plany w nowojorskiej Metropolitan Opera, który to teatr dla znacznej części publiczności jest operowym odpowiednikiem "kariery w Hollywood".


Na płytę Jonczewy, przyznam, czekałem z pewnym zainteresowaniem. Słyszałem Bułgarkę na żywo w Paryżu w "Opowieściach Hoffmanna" (4 role), gdzie zastąpiła Natalie Dessay, a potem byłem świadkiem jej niezłego debiutu w "Łucji z Lammermoor" na scenie Opera Bastille. W obu przypadkach największym atutem był ładnie brzmiący i pełny głos liryczny oraz temperament maskujący pewną konwencjonalność i powierzchowność interpretacji.  Jonczewę bardzo polubiła paryska publiczność i francuscy krytycy więc nie dziwi pomysł na płytę z  "miłością do Paryża" na okładce.
Problem w tym, że na płycie nie da się interpretacji dowyglądać i dograć. Może wytwórnie popełniają błąd rozpoczynając lansowanie swoich podopiecznych od tak trudnej, bo obnażającej wszystkie mankamenty techniczne i wyrazowe, formy jak recital? Niestety, ale bułgarska śpiewaczka jest kolejną ofiarą tej praktyki.
Płyta jest w najlepszym razie - przeciętna. Głos brzmi przyjemnie choć i tak ubożej niż ze sceny. Interpretacje są nijakie, braki techniczne i stylistyczne wychodzą chyba w każdym śpiewanym fragmencie. Kto wymyślił, żeby dać Bułgarce do śpiewania fragment z "Thais"Masseneta skoro nawet w studiu nagraniowym głos śpiewaczki się ugina pod ciężarem tej partii czego ukoronowaniem jest brzydko brzmiąca, zupełnie niekontrolowana, "góra" ?!  Mam poważne obawy czy Jonczewa jest w ogóle, pod względem technicznym, przygotowana do śpiewania w najbliższym czasie na scenie takich ról jak np. Luisa Miller (plany w MET, które artystka ujawnia w wywiadzie dla lutowego wydania magazynu "Das Opernglas") czy właśnie Thais? Bo jej kariera może się równie spektakularnie zakończyć jak się rozpoczęła!
Nadzieje wiązałem z "E strano...Sempre libera" z "Traviaty", ale i tu dopadło mnie znużenie gdy słuchałem banału każdej niemal frazy i koloratury jak z nieodrobionej lekcji śpiewu. A przecież tak sztandarowy dla repertuaru śpiewaczki tego emploi fragment powinien być umieszczony na płycie tylko pod warunkiem świeżości interpretacji i perfekcji technicznej!
Bez zastrzeżeń upłynęło mi wysłuchanie Mimi "Donde lieta usci" z "Cyganerii" Pucciniego i "Pleurez mes yeux" z "Cyda" Masseneta co wszakże nie oznacza, że były to porywające kreacje.
Płyta, niestety, do zapomnienia. Szkoda.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

U Radwańskiej bez zmian...


AGNIESZKA Radwańska zakończyła występ na tegorocznym Australian Open. Udało się jej osiągnąć IV rundę zawodów po łatwych meczach z dwiema zawodniczkami drugo, a nawet trzeciorzędnymi oraz z jedną grozną - Warwarą Lepczenko - która jednak zagrała poniżej swoich możliwości, a Polka umiała to wykorzystać. Pierwszy poważny mecz, sprawdzający jej aktualną formę sportową i motywację, nastąpił dzisiaj. Z Venus Williams, niegdyś wielką gwiazdą i zdobywczynią siedmiu tytułów wielkoszlemowych, Radwańska zagrała o ćwierćfinał, który, jak się wydaje, dla naszej zawodniczki i jej sztabu był celem minimum.
- Nie grałam dzisiaj zle - powiedziała po meczu na konferencji prasowej Radwańska, co świadczy, że nie jest w stanie samodzielnie zanalizować swojej porażki, a, prawdopodobnie, nie zdążyła jeszcze omówić meczu ze swoimi współpracownikami. Przede wszystkim z Martiną Navratilovą, którą Agnieszka zaangażowała, by, jak deklaruje, zdobyć upragnionego szlema. Jedno z pytań po dzisiejszym meczu brzmi: czy Radwańska rzeczywiście chce skorzystać na współpracy z legendarną Czeszką a ta potrafi jej pomóc? Czy może raczej kontrakt z Martiną był sprytnym posunięciem pijarowskim pozwalającym spadającej w rankingu Radwańskiej przytrzymać lukratywnych sponsorów i kontrakty reklamowe?
Agnieszka Radwańska rozegrała dzisiaj bardzo niedobre spotkanie. Ze strachem w oczach, drżącą ręką i wyraznym mętlikiem w głowie starała się nawiązać walkę z przeciwniczką będącą cieniem dawnej mistrzyni, ale usposobioną bardzo ofensywnie, a przy tym, jak na nią, grającą bardzo regularnie. To Radwańską zaskoczyło i przestraszyło. Agnieszka odgrywała piłki za krótkie, unikała uderzeń kątowych, jej firmowe skróty, loby i woleje grane  z za siebie lądowały dzisiaj na aucie i siatce.
Starsza od krakowianki o dziewięć lat Amerykanka osłabła w drugiej partii. Radwańska się rozluzniła i udało się jej doprowadzić do równowagi w setach.
Po przerwie zadziałały stare nawyki tenisowe i głęboko utrwalone mechanizmy psychologiczne. Po uzyskaniu przewagi Agnieszka się cofnęła  licząc, że teraz mecz się "sam dogra" na jej korzyść. Grała więc zachowawczo i czekała na błędy przeciwniczki. Niestety, po raz kolejny się ich nie doczekała. Musiała przegrać, bo nie miała lub nie szukała pomysłu na pojedynek z  bardzo zmotywowaną i świetnie przygotowaną pod względem taktycznym Venus Williams.
Po raz kolejny więc na światło dzienne wyszła, moim zdaniem, jedna z podstawowych wad Radwańskiej jako topowej tenisistki. Brak odpowiedniej attitude  - elementu o kapitalnym znaczeniu w sporcie tak psychologicznym i wymagającym zarządzania emocjami jak tenis. To  stężenie właśnie tego aspektu  decyduje o tym, że jeden zawodnik osiąga mistrzostwo, a drugi - nie mniej zdolny - zawsze w kluczowych meczach schodzi pokonany.
I chyba właśnie w tym obszarze Martina Navratilova ma największe pole do popisu. Pytanie tylko na ile sama zainteresowana chce, choćby dużym kosztem, wydobyć z siebie prawdziwą wolę wygrywania z wielkimi i trudnymi przeciwniczkami? Bo jeśli chce zdobyć tylko to, co nie wymaga dużego wysiłku - Navratilova szybko machnie ręką i zakończy współpracę. Nie będzie narażała swojej renomy inwestując czas, doświadczenie i nazwisko w niepoważny projekt.
Agnieszka Radwańska jest już dojrzałą zawodniczką. Ma 25 lat i  coraz mniej czasu na wielki wynik. Największe swoje osiągnięcie sportowe zanotowała ponad dwa lata temu gdy w Londynie osiągnęła finał Wimbledonu. Tym samym jest drugim polskim sportowcem uprawiającym tenis, po Jadwidze Jędrzejowskiej w dwudziestoleciu międzywojennym, który osiągnął ten poziom turnieju Wielkiego Szlema i jedynym, który dostąpił tego zaszczytu w erze open (tenisa zawodowego).
Dzisiaj Agnieszka Radwańska zawiodła, przede wszystkim, samą siebie.

wtorek, 20 stycznia 2015

"Pieśń miłości i śmierci". O Łucji z Lammermoor.



BARDZO piękny jest tytuł rozdziału o "Łucji z Lammermoor" jaki nadał mu, w kultowej dla polskich miłośników opery, książce o Donizettim -Wiarosław Sandelewski. "Pieśń  miłości i śmierci". Tym właśnie jest, moim zdaniem, arcydzieło Donizettiego. Pod względem dramaturgicznym jedno z najbardziej przekonujących dzieł swoich czasów. I choć na szczytach emocji i muzycznej "sublimacji" jesteśmy w ostatniej scenie Edgarda - tzw. "scena obłędu" Lucii chyba na zawsze pozostanie nie tylko kwintesencją dzieła Donizettiego, ale i emblematem wczesnoromantycznego bel canto.
Rossini-Bellini-Donizetti: ten triumwirat przychodzi nam na myśl gdy myślimy o bel canto. Pierwszy to dominacja wirtuozerii i szeroko pojętej "mechaniki", drugi swój mikrokosmos buduje na bazie wyrafinowanego piękna melodii "prosto z serca" podczas gdy twórca "Lucii" wydaje się z tej trójki najbardziej teatralny i dramatyczny.


Do naszych czasów przetrwała cała galeria bohaterek bel canto, ale właśnie Lucia wydaje się z nich najbardziej charyzmatyczna - stanowi kwintesencję tego stylu wokalnego. Zaczerpnięta z powieści Waltera Scoota "Narzeczona z Lammermoor" gdzie  jest bardziej kobietą-dzieckiem niż dramatyczną heroinę, którą wykreowali Cammarano i Donizetti.
Kim jest Lucia? Nadwrażliwą kobietą w męsko-opresyjnym otoczeniu, której zbrodnia i obłęd są ostatecznym gestem załamania i samoobrony? Od początku jest zatrzaśnięta w swoim świecie trawionym przez depresję, melancholię i chorobę psychiczną? Jest ofiarą iluzji, bezpodstawnych złudzeń niczym Emma Bovary, która ogląda w teatrze scenę obłędu i odnajduje w niej pokrewieństwo ze swoją kondycją?
Lucia w partyturze Donizettiego jest niejako kanwą na której śpiewaczka, za sprawą swego talentu i wyborazni, buduje swój całkowicie osobisty przekaz. Nie ma chyba w teatrze operowym drugiej takiej postaci, która multiplikuje dzięki wielu wybitnym interpretatorkom.

Callas ponad wszystko

 Maria Callas uchodzi za śpiewaczkę, która odrodziła Łucję w projekcie kompozytora. Przed Divą rolę śpiewały soprany koloraturowe - ciesząc uszy podniebnymi dzwiękami i koloraturami, ale zarazem kastrując postać z jej głębi emocjonalnej i złożonej osobowości. Callas, wiernie podązając za wskazówkami dyrygenta Tulio Serafina, nie bała się swego "dużego brzydkiego głosu" (jak mawiali wtedy Włosi - una grande vocaca), którym wszakże posługiwała się z techniczną maestrią wykorzystując jego elastyczność, zdawało się, nieograniczone możliwości kolorystyczne i wyrazowe. Przy tym Callas potrafiła osadzić frazę w kontekście spójnej i przemyślanej narracji nawet jeśli robiła to wyłącznie intuicyjnie (może potwierdzać to wrażenie fakt, że była bardzo słabym pedagogiem). Uważa się, że przełom w kreowaniu Lucii Donizettiego przyniosło nagranie pod batutą Tullio Serafina - oficjalnie zrealizowane dla EMI z chórem i orkiestrą La Scali (1953). Muszę wyznać, że  nie przepadam za tym nagraniem i za tą jeszcze wczesną Łucją w ujęciu Marii Callas. Spiewa tam, jak dla mnie, głosem zbyt dużym i szorstkim, jakby męczyła ją konieczność jego okiełznania i zmniejszenia na potrzeby roli. Wielką Łucję słyszę w głosie Callas gdzieś od połowy lat 50 gdy jej śpiew był już wyraznie zadomowiony w świecie Donizettiego i Belliniego, gdzie swą postać buduje z kolorów i frazowania, a nie dynamiką i "przeżywaniem". Przez wiele lat fascynował mnie zapis przedstawienia w berlińskiej Operze Miejskiej do której przyjechała w 1955 roku La Scala z Herbertem von Karajanem, który przedstawieniem nie tylko dyrygował, ale i je wyreżyserował. Callas prezentuje w tym nagraniu wyjątkową barwę głosu - srebrzystą poprzetykaną metalem i wreszcie jaśniejszą niż we wcześniejszych Łucjach. Jednakże rejestracja koncertowego wykonania w Rzymie (26 czerwca 1957), ponownie pod światłą batutą Serafina, jest, w moim przekonaniu, szczytowym osiągnięciem Callas jako Łucji. Śpiewaczka daje tu wielki popis aktorstwa wokalnego gdzie każda nuta i fraza niczym wraz oczu i gest teatralny w teatrze dramatycznym buduje kobietę uwikłaną w  emocje i los. Callas nie wykonuje tu najmniejszego nerwowego gestu. Od początku jest wręcz przerażająco spokojna i jakby zamknięta w swoim smutku. Właśnie: jej Łucja jest nie tyle szalona co bezgranicznie smutna. Kryzys nerwowy czyli tzw. scena szaleństwa jest ostatecznym gestem rozpaczy, gdy romantyczna melancholia się przelała...
Moim zdaniem nikt nie dotarł do sedna bohaterki Donizettiego w takiej mierze jak Callas. Dzisiaj tylko Patrizia Ciofi, dysponując diametralnie innymi środkami wokalnymi i osobowością, zbliżyła się, moim zdaniem, do takiej interpretacji Łucji.



La Stupenda

 Przyjęło się, że Joan Sutherland,  gwiazda bel canto lat 60 i 70, nieco zerwała z innowacją Callas i zwróciła się ku czystej wirtuozerii. Nie do końca odpowiada mi ten pogląd. Australijska gwiazda dysponowała dużym głosem z koloraturą - była więc jak najbardziej soprano dramatico d'agilita. Tak jak Callas. To, że, być może, jej techniczne popisy miały więcej blasku niż u Marii nie świadczy automatycznie, że zwróciła się ku czystej wirtuozerii. Jest niewątpliwie w większym stopniu niż jej grecka poprzedniczka "szalona", jej interpretacja wydaje się nieco bardziej konwencjonalna - to wielka heroina jakby wyjęta z romantycznego obrazu - pełnego księżycowych barw i onirycznej atmosfery. Wszystkie nagrania La Stupendy w tej kanonicznej dla bel canto partii godne są uwagi jednakże na mnie największe wrażenie robią nie studyjne nagrania Sutherland z jej epicentrum wokalnego, nie słynne "piraty" z ROH i MET, ale oficjalny filmowy zapis nowojorskiego przedstawienia z 1982 roku. W schyłkowym okresie kariery  Sutherland przyjechała do Nowego Jorku po kilku sezonach nieobecności i do tego w swojej popisowej roli. Warto przymknąć oko na fakt, że "aktorstwo" Dame Sutherland to daleki ląd od dzisiejszych standardów wyznaczanych przez sprawnych scenicznie współczesnych śpiewaków. Jednakże oglądając Sutherland w tym tradycyjnym przedstawieniu można się zastanawiać czy jednak nie ważniejsza lub przynajmniej równie ważna od profesjonalizmu aktorskiego i posłuszeństwa wobec zaleceń reżysera jest wrodzona charyzma, której nie sposób kupić na żadnych studiach. Kreacja Sutherland jest absolutnie wyjątkowa gdzie fenomenalna wirtuozeria podporządkowana jest dramatycznemu przekazowi. To Łucja zatrzaśnięta w swoim świecie, głucha na otoczenie, od początku do końca pogrążona w swoich wizjach.



Trzecia droga: Scotto

 Renata Scotto była chyba jedyną w latach 60 alternatywą wobec interpretacji Callas i Sutherland, prawdziwą ich rywalką w roli Łucji. Nie mając geniuszu interpretacyjnego pierwszej i wirtuozowskiego drugiej stworzyła jednak potret młodej silnej kobiety, której psychika ulega stopniowej erozji gdyż ciśnienie roszczeń otoczenia okazuje się ponad jej siły. W pierwszej scenie Scotto pokazuje silną, wręcz porywczą Łucję, która nie boi się przeciwności losu, złych wróżb, poczeczuć i demonów. Chce być szczęśliwa. Jednakże już w scenie z bratem jej psychiczna siła kruszeje, choć to Enrico jest cały w nerwach, bo w rękach siostry spoczywają jego i rodziny dalsze losy...
Czy gdyby nie "lekcja Callas" - Renata Scotto nie bałaby się wszystkich szorstkości i ostrości swego głosu? Tak czy owak nie może być, oczywiście, mowy o żadnym mimetyzmie, ale niewątpliwie jest to bardziej linia Callas niż Sutherland. Włoszka jest wręcz kaligraficzna jeśli idzie o styl, akcenty, jakiś niesamowity, używając języka tenisowego, "timing" we frazowaniu. Wszystko fenomenalnie ze sobą powiązane: słowa, rytm, akcenty i fraza tworzą, moim zdaniem, najbardziej muzyczną ze wszystkich znanych mi Łucji. Za szczytowe osiągnięcie Scotto w roli Lucii należy uznać spektakl w Tokio z 1967 roku - udokumentowany na płytach i nagraniach wizualnych.
(Na półce z moimi ulubionymi Łucjami poczesne miejsce zajmuje wybitne nagranie z udziałem Beverly Sills - fenomenalna pod względem techniki, z pewnymi ograniczeniami głosowymi, które jednak nie przeszkadzają jej stworzyć bardzo sugestywny porter kobiety od początku postrzegającej świat  jakby w krzywym zwierciadle).



Łucja w odcieniach współczesności



  Pierwszą Lucię jaką zobaczyłem w teatrze było głośne i kontrowersyjne przedstawienie Andrei Serbana w paryskiej Opera Bastille, wiosną 1995 roku. Ogromne wrażenie wywarła na mnie June Anderson, która w tamtym czasie była chyba na światowych scenach jedyną prawdziwą Łucją w jej pokoleniu, tj. dysponującą głosem, który mamy prawo określić mianem dramatycznej koloratury. Wspaniała technika i wirtuozeria, perfekcja stylistyczna i piękna interpretacja w której Łucja była jakby na pograniczu jawy i snu - liryczna, oniryczna, jakby w balonie z księżycowej poświaty. Scena szaleństwa była absolutnym arcydziełem interpretacji wokalnej.
Przez paryskie przedstawienie, w kolejnych wznowieniach, przewinęło się wiele słynnych i mniej słynnych artystek. W 2006 roku wznowiono tę serię z Natalie Dessay. Jej dziecięco brzmiący głos, koloratura stylistycznie bliższa Olimpii z "Opowieści Hoffmanna" niż heroinie bel canta stanowi dla mnie przeszkodę w nabraniu przekonania do jej interpretacji. Bardziej imponująca niż wzruszająca, bardziej "aktorska" niż "organiczna" - Dessay wydała mi się na antypodach wobec Patrizii Ciofi, której fenomenalną Łucję podziwiałem tego samego roku na festiwalu w Orange. Ciofi powróciła w roli Lucii podczas kolejnego wznowienia w Bastille pod koniec lata 2013 roku. I znowu włoska artystka poruszyła mnie swoją głęboko smutną, w kolorach jesiennej melancholii, kreacją wokalną i sceniczną. Ona jest Łucją.  Zmienniczką Ciofi była bułgarska artystka, której kariera nabiera dużego przyspieszenia - Sonia Jonczewa. Całkowicie odmienna od swej doświadczonej koleżanki: Ciofi przypominała zranionego, szamoczącego się w klatce, ptaka - Jonczewa wręcz przeciwnie: drapieżna, dramatyczna i niezbyt przy tym stylowa. Obie kreacje stały na wysokim poziomie, choć bułgarska śpiewaczka wtedy jeszcze wydała mi się nazbyt ogólnikowa (był to jej debiut w roli).


Z Paryża przenieśmy się do Berlina gdzie przez stare jak świat przedstawienie Filippo Sanjusta (premiera: 1980 rok) przewinęła się cała plejada interpretatorek Łucji ostatnich dekad - od Edity Gruberovej po Jessicę Pratt. Bo produkcja wznawiana jest w każdym sezonie. Pod koniec lat 90 trafiłem na występy Lucii Aliberti, którą kiedyś bardzo często porównywano do Callas przy czym nie zawsze w kategorii komplementu. Mimetyzm Aliberti mnie zafascynował, bo kopia była prawie doskonała, choć prawie,rzecz jasna, czyni dużą różnicę. Scena szaleństwa była przykładem nieskazitelności stylu bel canto gdzie śpiewaczka potrafiła każdej koloraturze i ozdobnikowi nadać znaczenie. W tym przedstawieniu wystąpił jako Edgardo wielki i legendarny Alfredo Kraus - jak się okazało był to jeden z jego ostatnich spektakli.
W krajach niemieckojęzycznych wielką estymą jako Łucja i w innych rolach tego repertuaru cieszy się niezniszczalna Edita Gruberova. Ta śpiewaczka to prawdziwy fenomen wokalnej długowieczności i najwyższego profesjonalizmu. I choć biję pokłony przed artyzmem słowackiej diwy - jej role belcantowe nigdy mnie nie przekonały. Mam wrażenie, że w śpiewie Gruberovej jest zbyt dużo narzuconego przez siebie rygoryzmu, stosuje wiele raz sprawdzonych schematów w maskowaniu słabszych stron, które nie służą intencji kompozytora, a mamy tu raczej do czynienia z sytuacja gdy śpiewaczka nagina styl do bardzo nieortodoksyjnej interpretacji.
Z tego samego pokolenia co Gruberova - Mariella Devia to śpiewaczka zarazem podobna jak i całkowicie różna od Słowaczki. Podobieństwa: typ głosu, mistrzowska i suwerenna technika, dyscyplina i higiena wokalna co sprawia, że, mimo bardzo już długiej kariery, Devia jest wciąż licząca się postacią w światowej operze. Mimo, że występy ogranicza właściwie tylko do rodzinnej Italii. Różnica podstawowa pomiędzy tymi legendarnymi już artystkami polega pewnie na barierze...Alp. Devia jest absolutnie nieposzlakowana stylistycznie, a jej Łucja to przede wszystkim całkowita wierność literze i duchowi muzyki.
Koreański sopran koloraturowy Sumi Jo ujęła mnie spójnością kreacji wokalno-scenicznej w ramach dostępnych jej środków wokalnych i stylistycznych. Lekka, dziewczęca, krystaliczna, wirtuozowska...Wyraznie zakochana we włoskie kulturze i muzyce.
Na przełomie lat 90 i 2000 po europejskich scenach pokręciła się Włoszka Stefania Bonfadelli, której kariera bardzo efektownie się rozwijała, ale niespodziewania załamały ją problemy zdrowotne -prawdopodobnie wynikające z przesadnego tempa w realizowaniu przez Stefanię coraz atrakcyjniejszych kontraktów. Dzisiaj skupia się przede wszystkim na pracy pedagogicznej w założonej przez siebie Akademii gdzie uczy  techniki i ekspresji koloratury. Głos Bonfadelli był solidnym sopranem liryczno-koloraturowym, choć o raczej anonimowej barwie i banalnym timbrze. W połączeniu jednak z efektownymi popisami koloraturowymi, urodą fizyczną i zdolnościami scenicznymi dawał artystce mocną pozycję na ówczesnym firnamencie - szczytowym punktem kariery była chyba seria "Lunatyczek" Belliniego u boku rozpoczynającego wówczas wielką karierę Juana Diego Floreza w Operze Wiedeńskiej. Zapamiętałem ją jednak przede wszystkim jako znakomitą Elvirę w "Purytanach" Belliniego w Liege zaś jej berliński występ w "Łucji z Lammermoor" przeszedł bez większego echa, choć byłem pod wrażeniem ogromnego zaangażowania aktorskiego w scenie obłędu, które jednakże nie znalazło odzwierciedlenia w śpiewie.
Łucja z Lammermoor pozostaje rolą w oparciu o którą każda kandydatka na diwę musi w którymś momencie oprzeć swoją karierę. Tak było też w przypadku dzisiejszej Primadonny assoluta, czyli Anny Netrebko, która zaśpiewała serie Łucji w swych dwóch ulubionych teatrach - Wiener Staatsoper i Metropolitan Opera. Niestety spotkania Netrebko z  Łucją nie należały do udanych, a w przypadku nowojorskiego spektaklu można mówić wręcz o katastrofie, choć na nagraniu DVD wszystko już przebiega co najmniej poprawnie. Netrebko była zawsze na bakier z czystością stylu bel canto w operach Belliniego i Donizettiego, jej koloratury i ozdobniki wydawały się jakby z innej niż włoska szkoła - planety.  Wykonanie Netrebko trochę mi przypominało nagranie Anny Moffo - atrakcyjne wykonanie, ładny głos, ale jakby obok Łucji i jej świata. Możliwe, że postać jest dla Netrebko zbyt ulotna i nie doookreślona...
Chyba podobne problemy ma z tą partią Niemka Diana Damrau - mimo, że na papierze spełnia wszystkie wymogi roli. Jednakże Damrau brakuje rodzaju wrażliwości i charyzmy niezbędnej w tej wyjątkowej partii. Jej gesty wokalne są przesadzone, artystka popada w nadekspresję, a śpiew jest wręcz atletyczny. Może, tak jak w przypadku Gruberovej, bariera Alp jest zarazem trudną do pokonania barierą stylistyczną i emocjonalną?
(Jak się okazuje są słowiańskie wyjątki. Parę lat temu duże wrażenie zrobiła na mnie Aleksandra Kurzak w średnio udanym przedstawieniu Michała Znanieckiego w warszawskim Teatrze Wielkim-Operze Narodowej. Pod względem intepretacji polska śpiewaczka nie wnosi może niczego nowego, ale stworzyła kreację spójną i przekonującą z bezbłędną wokalnie i stylistycznie sceną szaleństwa. Szkoda jednak, że polska gwiazda tak rzadko sięga po tę rolę).


 

czwartek, 25 grudnia 2014

Zakochajmy się...


Zakochajmy się (jeszcze mocniej) w muzyce na Święta. Życzę wszystkim, żeby byli tam gdzie chcą i  z kim chcą. A w 2015 najlepszych przedstawień, koncertów i wielkiego tenisa z fantastycznym udziałem Polaków. Vamos!















Wkrótce się do Was odezwę i opowiem o swoich spotkaniach z arcydziełem Donizettiego "Lucia di Lammermoor". Nie miałem wprawdzie szczęścia ani zdolności czasowej teleportacji i nie słyszałem na żywo Callas, Sutherland czy Scotto. Ale Gruberovą, Devię, Anderson, Aliberti, Sumi Jo, Bonfadelli, Kurzak, Netrebko,Ciofi, Dessay, Damrau, Mosuc i owszem. Będzie o przedstawieniach, nagraniach i dlaczego to, moim zdaniem, tak wyjątkowa rola. Zapraszam.

wtorek, 9 grudnia 2014

Martina, pomocy!

 WIADOMOŚĆ jak grom z jasnego nieba: jedna z największych legend i mistrzyń kobiecego tenisa, posiadaczka osiemnastu tytułów wielkoszlemowych, "Królowa Wimbledonu", uffff, Martina Navratilova przybywa na pomoc Agnieszce Radwańskiej - szóstej tenisistce rankingu WTA, posiadaczce O tytułów wielkoszlemowych, uznawanej za wirtuozkę tenisa bez siły rażenia.
  Przyznam, że w najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłem, że team Radwańskiej zaproponuje współpracę Navratilovej. Uściślijmy jednak: Martina nie będzie główną i jedyną trenerką Agnieszki, ale kimś w rodzaju konsultantki, która będzie towarzyszyć polskiej zawodniczce podczas największych turniejów. Kontrakt dotyczy 2015 roku. Trenerem Radwańskiej pozostaje Tomasz Wiktorowski.
Teoretycznie decyzja wydaje mi się więcej niż trafna. Martina Navratilova, poproszona, zawsze bardzo rzeczowo i bez owijania w bawełnę punktowała braki w tenisie Radwańskiej. Mówiła m.in, że Agnieszce brakuje w kluczowych momentach meczu lub turnieju agresji w grze, że brakuje jej siły, a to powoduje, iż każda silniejsza przeciwniczka, gdy jest w formie, może ją zdmuchnąć z kortu już w pierwszym meczu np. turnieju wielkoszlemowego. Podkreślała wreszcie, że Radwańska znakomicie operuje piłką, ma wiele zalet w obszarze "gry miękkiej", potrafi zaskoczyć niekonwencjonalnymi zagraniami, dobrze obserwuje kort i wykorzystuje jego geometrię, ma zmysł antycypacji. Szczególnie utkwiło mi zdanie Martiny wypowiedziane parę lat temu po którymś z występów Polki: - Tenis Agnieszki nie ma istotnych luk, ale i nie ma wyróżniających przewag nad najtrudniejszymi przeciwniczkami.
Czyżby więc otoczenie Radwańskiej i ona sama bardzo uważnie przez lata wsłuchiwała się w komentarze i rady starszej koleżanki i teraz postanowiła je wcielić w życie?
Na szczytach męskiego tenisa zapanowała ostatnio swoista moda na zapraszanie do sztabu trenerskiego kogoś z wielkich mistrzów przeszłości. Roger Federer poprosił o pomoc Stefana Edberga zaś Novak Djoković - Borisa Beckera. Oczywiście. ich zadaniem nie jest czuwanie nad codziennym mozolnym trenowaniem, ale raczej wsparcie mentalne. Bo najbardziej profesjonalny techniczny trening nie zastąpi doświadczenia kogoś, kto wieokrotnie podnosił mistrzowski puchar, kto zna adrenalinę towarzyszącą meczowi finałowemu i oddychał rozrzedzonym powietrzem na  szczycie kariery. Czy podobna strategia przyjmie się teraz w tenisie kobiecym?
Pytanie zasadnicze: czy Agnieszce Radwańskiej wystarczy "konsultacja mentalna" choćby i największych mistrzyni? Czy przypadkiem krakowiance nie brakuje przede wszystkim więcej godzin spędzanych na bieżni, siłowni i w tunelu lekkoatletycznym? Pamiętamy przecież jak często po genialnym meczu - w następnym Agnieszka słaniała się po korcie ze zmęczenia, co ewidentnie świadczyło, że w przygotowaniu fizycznym jest popełniany błąd. Z drugiej strony w środowisku tenisowym powszechny jest pogląd, że Aga jest trudna we współpracy i bardzo brakuje w jej otoczeniu zawodowym kogoś kto miałby w jej oczach autorytet. Komu jak komu, ale Navratilovej Radwańska nie podskoczy! Będzie musiała brać pod uwagę jej sugestie, będzie czuła presję obecności Mistrzyni na trybunach, a i fakt, że rady Martiny kosztować będą Radwańską znaczną część jej uposażenia też ma istotne znaczenie.
Agnieszka Radwańska w przyszłym roku skończy 26 lat. W czasach Martiny to był dla tenistki już wiek "podeszły", bo wtedy szczyty wielkoszlemowe obskakiwały nastolatki. Dzisiaj, gdy Serena Williams, w wieku 32 lat, jest od ponad roku numerem 1 światowego tenisa, wiek Radwańskiej uznać należy za zawodową dojrzałość. Największym sukcesem Polki pozostaje finał Wimbledonu w 2012 roku. W 2013 osiągnęła tam półfinał, a w styczniu 2014, po wielkim meczu z Wiktorią Azarenką, dotarła do półfinału Australian Open. Musiała jeszcze wygrać dwa mecze z zawodniczkami w swoim zasięgu (Dominika Cibulkowa i Na Li), aby po raz pierwszy zostać mistrzynią turnieju Wielkiego Szlema. Tak się jednak nie stało. Agnieszka nie wytrzymała presji i nie była w stanie się zregenerować po wyczerpującym spotkaniu w ćwierćfinale.
Navratilova została zatrudniona, żeby sięgnięcie po tytuł wielkoszlemowy stało się wreszcie dla Radwańskiej realne.
Kwestią dyskusyjną pozostaje jednak fakt, że Martina to gość z diametralnie innej, bezpowrotnie(?) minionej epoki tenisa gdy gra nie była siłowa, a techniczna, gdy królował serve and volley...Spójrzcie na pierwszy z brzegu mecz Navratilovej - po niemal każdym uderzeniu natychmiast szła do siatki. Czy właśnie wolejowy potencjał Agnieszki czeska legenda postanowi rozwinąć? Zmotywuje do porzucenia postawy obronnej na rzecz tenisa ofensywnego? Zachęci do cięższych treningów wytrzymałościowych? Bo nie chcę wierzyć w to, że jej zadaniem będzie ozdabianie, pokazywanej w transmisjach telewizyjnych meczów, ławki trenerskiej Radwańskiej...
  Martina Navratilova to wielowymiarowa postać. Urodzona w Pradze, czeska emigrantka w USA, działaczka LGTB, chętnie komentuje na twitterze wydarzenia polityczne i społeczne, stoczyła chyba najtrudniejszą wygraną walkę z nowotworem, wielbicielka opery i Abby. No, a niebawem, być może, zasłużona dla polskiego tenisa - trenerka.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

Cud nad Mozą



 TAKIE wieczory jak ten, 29 listopada 2014, zdarzają się bardzo rzadko w najważniejszych teatrach, a przecież Opera Royal de Wallonie to nie MET, La Scala czy Covent Garden. "Luisa Miller" Giuseppe Verdiego otrzymała niezrównane Trio, rzekłbym  -  najlepsze możliwe aktualnie: Patrizia Ciofi (Luisa)-Gregory Kunde (Rodolfo)-Nicola Alaimo (Miller). Co ciekawe, wszyscy troje dzięki wielkiej muzykalności, najwyższej klasy rzemiosłu śpiewaczemu i zaangażowaniu dramatycznemu pokonali swoje naturalne ograniczenia - zwłaszcza dotyczy to Ciofi, której nieco zawoalowany sopran liryczno-koloraturowy z natury nie pasuje do roli Luisy, która brzmieć musi momentami niczym obłąkana Lucia, a niekiedy jak Abigail z "Nabucca", czyli, jak mawiają Włosi, soprano dramatico d'agilita (dramatyczna koloratura).
Opera Walońska, usytuowana w samym sercu nie najpiękniejszego wprawdzie, ale bardzo dynamicznego i pełnego młodości (za sprawą m.in znakomitego Uniwersytetu) miasta, jest najważniejszą, po brukselskim La Monnaie, sceną operową w Belgii. Jej dyrektor naczelny i artystyczny, Włoch Stefano Mazzonis di Pralafera, dba, by jego teatr stanowił uzupełnienie dla oferty w stolicy gdzie stawiają na wysmakowany barok i operę dwudziestowieczną. Liege w ciagu sezonu proponuje przede wszystkim dziewiętnastowieczny repertuar francuski i włoski, a  rozległe i osobiste kontakty dyrektora ze śpiewakami pozwalają mu kompletować obsady na poziomie, którego nie sugeruje dotacja - nie przesadnie wysoka. Tylko w tym sezonie śpiewają na scenie walońskiej m.in Nucci, Rancatore, Flórez, Mehta, Korchak, Pizzolato, Raimondi, Massis, dyrygują Palumbo, Arrivabeni czy Campanella...
Na scenie w Liege przed laty święciła legendarne tryumfy Ewa Podleś - w estradowych wersjach "Tankreda" i "Semiramidy" Rossiniego.




"Luisa Miller" jest wczesnym dziełem Verdiego - zwykle świetnie się sprawdzający Cammarano nie przygotował tym razem nadzwyczajnego scenariusza w oparciu o tekst Schillera. Niemniej muzyka jest w niektórych scenach porywająca, a wybitni śpiewacy są w stanie nadać dziełu wielki tragiczny wymiar gdzie Luisa, niczym Gilda, przemienia się z płochliwego i niewinnego dziewczęcia w prawdziwą heroinę na miarę Violetty Valery, poświęcającej miłość dla dobra innych. Hrabia Walter, ojciec Rudolfa, jest rozdarty między machiawellicznymi ambicjami a miłością do syna, podstępny Wrum plecie nici swych intryg w które sam wpada,  trio Millera, Luisy i Rodolfa antycypuje finał pózniejszej "Traviaty".
W Liege nastąpiła osmoza sceny, kanału orkiestrowego i obsady wokalnej. Jean - Claude Fall nie szuka w tej partyturze czegoś, czego w niej nie ma - daje przekaz w klarownym i tradycyjnym języku teatralnym, a napięcia buduje wokół detalu i osobowości wykonawców. Luizę i jej otoczenie oglądamy wśród pni monstrualnych drzew potem scena się podnosi i ukazuje się nam mroczna niczym pieczara pałacowa komnata w której podli Wrum i Walter snują swoją grę - tragiczną w skutkach. Trzeci akt rozgrywa się wśród przewróconych pni i jak wszystko - poza czasem. Choć niektóre kostiumy i fryzury  śpiewaczek mogą sugerować, że jesteśmy w faszystowskiej Italii...




Gregory Kunde - przez lata wybitny tenor w operach Donizettiego i Belliniego, o barytonowym timbrze, od paru sezonów z sukcesami śpiewa  role Verdiego, bo przywołajmy Otella i Manrica w Wenecji, Gustawa w Turynie...Premierowy spektakl, 26 listopada, budził pewne wątpliwości. Kunde śpiewał jak zwyke z wielkim zaangażowaniem i w nieposzlakowanym stylu, ale nie w pełni kontrolował głos w obszarze mezza voce, brakowało niuansów dynamicznych, zbyt jednostajnie operował kontrastem forte-piano.
Drugi spektakl był już pełnią mocy artystycznej tego wyjątkowego śpiewaka, który, mimo sześdziesięciu lat, bez reszty wykreował rozkochanego i zapalczywego młodzieńca. Każda fraza była doskonale osadzona w kontekście, a do tego wyjątkowa sztuka wokalnego koloru.  Grazie, Maestro.




Nicola Alaimo miał, podczas premiery, problemy z oddechem na początku spektaklu. Wtedy wydawało mi się, że ten młody jeszcze baryton, odnoszący sukcesy przede wszystkim w operach Donizettiego i Belliniego, nie jest  gotowy do Verdiego. Jednakże drugi spektakl udowodnił jak trafna to była decyzja obsadowa. Alaimo jako Miller zalał scenę ciepłym i nasyconym tonem, posługiwał się bezbłędnym legato i nieskazitelną dykcją, a jego postać była dopracowana wyrazowo od pierwszej do ostatniej frazy. Niektórzy snują wręcz odniesienia do niezapomnianego Renato Brusona. Niezrównany był duet z córką w trzecim akcie.


Patrizia Ciofi, podobnie jak Gregory Kunde, wybrała Liege, by przetestować swoje możliwości w roli Luizy przed dalszą wędrówką z tą partią przez sceny Wiednia i Berlina. Bardzo lekki i liryczny głos, nie zawsze przekonujące "góry" i wyrazny brak, potrzebnego niekiedy Luizie, niskiego rejestru w którym śpiewaczka demonstruje raczej ekspresyjne parlando...Wszystko to właściwie powinno skazywać artystkę na porażkę w roli, która dzwięczy w uszach głosami Montserrat Caballe, Katii Ricciarelli czy Renaty Scotto. Ale, cóż, sztuka to nie matematyka i tutaj nie zawsze dwa plus dwa daje cztery. Ciofi jest chyba najinteligentniejszą i najbardziej wnikliwą stylistycznie wśród dzisiejszych pierwszoplanowych śpiewaczek. Potrafiła pokonać naturalne ograniczenia za sprawą urzekającego prostotą frazowania, a akcenty, rytm i tekst tworzyły nierozerwalną jedność,  z każdego śpiewanego słowa emanowała szczerość i pełne zaangażowanie dramatyczne. Szczególnie w trzecim akcie głos Ciofi nabrał niezwykle skupionego i pełnego brzmienia, które całkowicie pozwoliło mi zapomnieć o wielkich interpretatorkach z przeszłości. Tradycyjnie w przypadku sieneńskiej śpiewaczki podziwialiśmy jej sztukę światłocienia  i operowanie barwą, choćby pełne elegancji sfumato. Jej Luisa jest delikatna i wrażliwa, nie ma nic z wielkiej heroiny jaką kreuje np. podczas nowojorskiego spektaklu Renata Scotto (1979). Ciofi ukazuje Luisę jako tragiczną ofiarę manipulacji i opresji psychicznej.  A to, czego dokonało tych troje śpiewaków w ostatniej scenie to już czysta magia - zdarzająca się w dzisiejszej operze, opanowanej przez mechanizmy biznesowo-marketingowe, bardzo rzadko.





Na uznanie zasługuje też węgierski bas Baltin Szabo w roli Wurma i tylko Luciano Montanaro (Walter) odstawał od poziomu reszty obsady: podczas premiery był katastrofalny, w drugim spektaklu na szczęście poprawny.
Massimo Zanetti, wyrastający na gwiazdę operowej batuty, wykrzesał z orkiestry i chóru  maksimum możliwości, a są one niemałe. Znakomicie towarzyszył śpiewakom, wrażliwie wydobywał energię, motorykę i niuanse partytury.
To był wielki spektakl zbudowany skromnymi środkami i pozbawiony splendoru-glamour, który tak często przesłania, podczas wielkich festiwali i premier na czołowych scenach, prawdziwą sztukę i to, co jest w niej najważniejsze: wzruszenie. Merci bien, Liege.
Transmisja spektaklu 4 grudnia w Medici TV.